Rozdział
II
Otworzenie oczu kosztowało mnie
wiele wysiłku. Czułam się jakbym przespała dwie doby i wprost nie
mogłam oddzielić powiek. Jednak gdy w końcu mi się udało
natychmiast zamknęłam je z powrotem. To co zobaczyłam z pewnością
nie było gołym niebem pod którym powinnam się znajdować.
- Obudziła się! - krzyknął
jakiś nieznany, kobiecy głos.
Nie miałam pojęcia gdzie
jestem, a nagły odgłos jeszcze mocniej spotęgował strach jaki
odczuwałam. Znów odważyłam się na sekundowe otwarcie oczu, tym
razem zdążyłam zauważyć tylko tyle, że ściany były z jakiegoś
nieznanego mi, jasno zielonego materiału, a łoże na którym
leżałam mięciutkie i śnieżyście białe.
- Gdzie ja jestem? - spytałam w
końcu zdobywając się na odwagę.
- W Saltusie, skarbie. -
odpowiedział mi ten sam głos co wcześniej.
- To znaczy?
- Dyrektor wszystko ci wyjaśni,
ale jeszcze nie teraz. Na razie musimy cię zbadać. Leżysz tu już
trzy dni.
- CO?! - krzyknęłam czując, że
nie jestem w stanie sformułować tych wszystkich pytań cisnących
mi się na usta. '
- Spokojnie. Jak się czujesz? -
spytał jakiś inny głos, a zaraz po nim rozległ się odgłos
zamykanych drzwi.
- Zdezorientowana. Możecie mi
przynajmniej powiedzieć KIM jesteście?
- Zaciskasz oczy z bólu?
- NIE! Po prostu boję się tego
co zobaczę.
- Spokojnie... Jesteś tu
bezpieczna. Musisz mi jednak powiedzieć jak się czujesz. Boli cię
coś?
- Ja... ym... AUUUU! - krzyknęłam
nagle otwierając oczy i próbując podnieść lewą rękę.
- No tak. To akurat normalne. -
powiedziała pulchna blondynka stojąca obok mojego łóżka. -
Siostro, Dylastrium!
Ból był tak silny, że teraz
rzeczywiście zaczęłam zaciskać oczy mimo iż akurat naszła mnie
ochota by wszystko dokładnie obejrzeć. Nie udało mi się to jednak
dopóki jasno zielony płyn nie spłynął do mojego przełyku i
dalej.
Czułam jak miętowa ciecz
uspokaja ból pozwalając mi rozluźnić mięśnie i otworzyć oczy
by wreszcie w pełni świadomie spojrzeć na nowy świat.
Tuż przede mną znajdowała się
uśmiechnięta twarz na oko trzydziestoletniej, pulchnej blondynki o
przyjaznych, granatowych oczach.
- Margaret. - przedstawiła się
widząc moje spojrzenie.
Nie odpowiedziałam jej tylko
rozglądałam się dalej. Za pulchną blondynką stała szklana
szafka pełna różnych słoiczków i buteleczek, a jej powierzchnia
zajmowała całą, jedną ścianę. Odwróciłam wzrok od kobiety i
popatrzyłam na ścianę po mojej lewej stronie gdzie znajdował się
regał na książki i dwie szafki chyba na dokumenty stojące obok
rozkładanej sofy w kolorze jasnego błękitu. Tuż obok mojego łóżka
po lewej stronie miałam stolik nocy z lampką tej samej barwy, a po
prawej biurko i dopasowane kolorystycznie krzesło na którym
siedział i uśmiechał się jakiś na oko 40 letni mężczyzna. Nie
zwróciłam jednak na niego uwagi oczarowana i przerażona mnogością
barw oraz materiałów, zupełnie mi nieznanych. To co mieli na sobie
Ci ludzie było dla mnie rzeczą nie z tej ziemi. Ich stroje po
prostu nie istniały w Gregorianie, a ja nagle poczułam się
opóźniona o parę wieków. Mój umysł i oczy wariowały od namiaru
wrażeń, aż w końcu nie mogąc tego wytrzymać zacisnęłam
powieki.
- Laoise. - odpowiedziałam w
końcu, wciąż nie otwierając oczu.
Margaret roześmiała się
uprzejmie w ten sposób komentując moją zwłokę. Uśmiechnęłam
się delikatnie onieśmielona i zdenerwowana. Moje ręce drżały
nerwowo, a ja sama wciąż strzelałam oczami na boki nie wiedząc co
powiedzieć. W głowie huczało mi tak wiele pytań, że gdybym
otworzyła usta natychmiast wypadłyby wszystkie naraz.
- No dobra, Laoise. Ja mam na imię
Ryann i jestem najwyższym kapłanem Terry. - powiedział mężczyzna
wstając z krzesła i siadając na brzegu mojego łóżka. - To czyim
dzieckiem jesteś zależy od tego jaki kolor oczu masz. Obawiam się
jednak, że żeby się tego dowiedzieć, musisz zdjąć czar rzucony
przez twoją matkę.
- Zaraz, zaraz, co? - odparłam
zbyt zdezorientowana by dodać coś jeszcze.
- Ryann, powoli. - upomniała go
Margaret. - Ona jeszcze NIC nie wie. Jest z Gregoriany.
- Upsss.. Okey, zacznijmy od nowa.
- przerwał na chwilę i uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. -
Gregoriańczycy są najtrudniejsi ;)
Uśmiechnęłam się słabo nie
do końca wiedząc o co chodzi. „Przecież nie ma nikogo poza
Gregoriańczykami” pomyślałam.
- No więc... Kiedy w Gregorianie
rodzi się dziecko jego oczy zawsze są czarne, no dobra prawie
zawsze. I właśnie w momencie kiedy tak nie jest wiemy, że narodził
się Nowy.
- Ale ja przecież mam czarne
oczy. - powiedziałam pierwszą myśl jaka przyszła mi do głowy.
- Najwyraźniej nie. Zaraz ci to
wyjaśnię, ale wydaje mi się, że ktoś musiał rzucić na ciebie
czar.
- Ale... - zaczęłam.
- Laoise. Uzbrój się w
cierpliwość to wszystko ci wyjaśnię. - uśmiechnął się
pokrzepiająco, a Margaret złapała mnie za rękę i nie pozwalając
odzywać się więcej. - Jak już mówiłem raz na jakiś czas rodzi
się dziecko o innym kolorze oczu co jest wielkim wydarzeniem.
Rodzice chodzą z potomkiem do lekarzy i szamanów nie mając pojęcia
co się dzieje. Niektórzy uznają takie dziecko za przeklęte i
odprawiają nad nim egzorcyzmy. Kolor jednak nie znika, a wraz z
dorastaniem dziecka ukazują się jego moce co jeszcze bardziej
przeraża rodziców i sąsiadów. W końcu dochodzi do wygnania z
miasta lub wioski. Pozostawiony sam sobie Potomek błąka się, a gdy
w końcu gdy dotknie przeznaczenia... znika... - mężczyzna przerwał
na chwilę, a gdy znów zaczął jego twarz zdawała się lśnić
wewnętrznym światłem. - Jest dziewięć kolorów oczu, które
wskazują na posiadanie mocy: Czerwony, Różowy, Zielony, Brązowy,
Fioletowy, Różowy, Turkusowy, Piwny/Złoty, Błękitny/Szary. Każdy
z nich pokazuje czyim dzieckiem jest Potomek.
- Zielonoocy należą do Virentii.
- wtrąciła się Margaret. - Złoto i piwnoocy do Motusa, Brązowoocy
tak jak Ryann do Terry, Fioletowi szczycą się łaską Animusa,
osoby o oczach w kolorze turkusu posiadają łaskę Parium, Rivum
naznaczyła swoje dzieci kolorem szarym i błękitnym, Aer obdażył
swoich Potomków oczami takimi jak moje czyli kobaltowymi, a Ignis
wybrała dla swoich czerwień.
- A róż? - spytałam.
- Róż nie ma znanego nam boga i
nie wiemy do którego należy. Osoby o takich oczach nazywamy
nieokreślonymi.
- No dobrze, ale wspomniał pan
coś o jakiś mocach, a jak na razie wymienił tylko kolory.
- Oczywiście. Każdy Bóg i każda
Bogini ma swoją wielką moc, której częścią obdarował lub
obdarowała swoich Potomków i Potomkinie. Dzieci Virentii obdarzone
są zdolnościami ogrodniczymi, potrafią znaleźć i rozpoznać
prawie każdą roślinę, mogą się też oczywiście kontaktować ze
swoją boginią jak każdy Potomek.
- Oh... Cudownie by było mieć
zielone oczy... - wtrąciłam z rozmażeniem.
- Ale to nie wszystko. Potomkowie
Motusa czyli Boga Emocji potrafią je bardzo dobrze kontrolować
zarówno u siebie jak i u innych, mają też zdolności przywódcze i
są dobrymi mówcami. Synowie i córki Terry potrafią się bardzo
szybko wyciszyć i uspokoić oraz mają rękę do zwierząt, a ich
Bogini bardzo często im podpowiada, im na 100% można zaufać.
Fioletowe oczy są nie tylko oznaką przynależności do Animusa,
oznaczają też, że osoba ma bardzo otwarty umysł oraz odbiera
wizję, niektórzy fioletowoocy mogą rozmawiać z duchami...
- To straszne! - przerwałam mu
znów.
- Ale bywa przydatne. Uczniowie
Parium posiadają ograniczoną władzę nad żywiołem wody słonej,
są doskonałymi pływakami i śpiewakami, potrafią zanurzyć się
na bardzo długo i doskonale radzą sobie ze sportami wodnymi. Dzieci
Rivum czyli najpiękniejszej z bogiń panują nad wodami słodkimi i
dobrze je wyczuwają i odnajdują. Również bardzo dobrze pływają,
ale zanurzają się na krócej.
- Niewielka różnica. -
zauważyłam cicho.
- Owszem, ale znacząca. Wody
słonej nie da się pić, ale kiedy zgubimy się na oceanie tylko
Turkusowi są wstanie pomóc. - wtrąciła Margaret.
- Nie zapominajmy jednak o synach
i córkach Aera, który obdarzył swoje dzieci zdolnością latania i
niesamowitej szybkości. - uśmiechnął się Ryann.- Jest jeszcze
Ignis, bogini ognia, której Potomkowie doskonale radzą sobie z tym
żywiołem co bardzo przydaje się w walce.
- A co z Różowymi? - spytałam
nie wiedząc jaką mocą może być obdarzony ktoś bez Boga.
- Oni potrafią stawać się
niewidzialni i niesłyszalni, są sprytni i bardzo pewni siebie.
Wciąż trwa poszukiwanie ich Boga.
Przyjrzałam się uważnie
Ryannowi chcąc odnaleźć w jego brązowych oczach choć odrobinę
fałszu. Czekałam aż roześmieje się okrutnie i krzyknie
„niespodzianka” przecież coś takiego nie mogło dziać się
naprawdę!
- Posłuchaj... wiedzieliśmy, że
tak od razu nam nie uwierzysz więc mamy dla ciebie małą
prezentację.
Uśmiechnął się zawadiacko, a
w następnej chwili wskazał dłonią unoszącą się w powietrzu
Margaret. Z szczęką na podłodze przypatrywałam się jak lata po
całej sali bez żadnych lin czy skrzydeł, a ona uśmiechała się
do mnie radośnie. Wtedy Ryann wziął do ręki garść ziemi ze
stojącej na parapecie doniczki i szybko ulepił z niej piękną
figurkę lalki. Zacisnął oczy i dotknąwszy jej głowy małym
palcem lewej dłoni, wyszeptał parę niezrozumiałych dla mnie słów.
Lalka wstała szybko a on wyciągnął dłoń przed moją twarz
oniemiała ze zdumienia dotknęłam jej palcem, a ona natychmiast
rozleciała się w drobny mak.
- Przepraszam! - krzyknęłam
przerażona i pewna, że zrobiłam coś złego.
- Spokojnie, Laoise. Do tego
właśnie służą, mogą przekazywać wiadomości, dostawać się
wszędzie niepostrzeżenie, ale gdy tylko dotknie ich ktoś spoza
dzieci Terry rozlatują się na kawałeczki.
- Ojej... - jęknęłam. - to
wszystko jest takie niesamowite...
- No! W każdym razie wiemy już,
że córką Terry prawie na pewno nie jesteś.
- A co muszę zrobić żeby
dowiedzieć się do kogo należę? - spytałam głosem zachrypłym z
przejęcia.
- Przeczytać na głos to... -
powiedziała kobieta wyjmując z szafki nocnej kartkę oraz lusterko.
- Myślę, że chciałabyś jak najszybciej zobaczyć efekt.
- Pelles
abierunt: et ponam faciem meam in veritate....
Gdy
tylko wypowiedziałam ostatnie słowo szczęka, którą ledwo co
zdążyłam pozbierać, znów opadła mi do samej podłogi. Czarna
zasłona skrywająca do tej pory prawdziwy kolor moich źrenic
odpłynęła jak mgła. Kilka razy zamrugałam ze wzruszenia nie
mogąc oswoić się z nowym widokiem... turkus moich oczu był
niesamowity.
- Mama wiedziała...
- wyszeptałam przez łzy. - Mama wiedziała.
*****
Kiedy w końcu
pozbierałam się do kupy i uspokoiłam, Margaret i Ryann kazali mi
iść do łazienki znajdującej się w korytarzu, umyć się i
przebrać. Uśmiechnęłam się więc do nich przepraszając za swoje
zachowanie lecz gdy tylko spojrzałam na swój lewy nadgarstek znów
zareagowałam panicznym krzykiem.
- Ah...- jęknęła
Margaret podczas gdy Ryann mnie uspokajał. - Kompletnie o tym
zapomnieliśmy.
Spojrzałam
na nią ze łzami strachu i wstydu w oczach, a ona znów uśmiechnęła
się pokrzepiająco jakby wierzyła, że sam wyraz jej twarzy może
mnie uspokoić. Niechętnie
i bardzo powoli uległam pod naporem jej spojrzenia i uspokoiłam się
na tyle by przestać wiercić się i krzyczeć.
- To, moja droga,
jest Smocze Znamię. - powiedział Ryann podciągając rękaw bluzy.
- JAKIE znamię? -
wykrzyknęłam, zachwiałam się i spadłam z hukiem z łóżka.
A
właściwie to bez huku. Wylądowałam bowiem na czymś miękkim,
niebieskim i bardzo przyjemnym. Czymś co było kawałkiem nieznanego
mi frędzelkowatego materiału za który kobiety z Targu oddały by
wszystko co mają. Gdyby nie to, że już leżałam i niżej spaść
nie mogłam upadłabym
znów ponieważ w głowie zakręciło mi się od nowych rzeczy i
nadmiaru wrażeń.
- Robisz to zbyt
szybko, Ryann! - zganiła mężczyznę Margaret i podbiegła do mnie
z zatroskaną miną. - Jej smok jeszcze się nie wykluł!
*****
Wtedy właśnie
straciłam świadomość, a gdy się obudziłam na dworze było już
odrobinę ciemniej niż wcześniej. Żeby tym razem zachować
trzeźwość umysłu starałam się nie zwracać uwagi na dziwny
materiał zawieszony w oknach stworzonych z jeszcze dziwniejszego
budulca. Wmawiałam sobie, że nie powinnam zbyt wiele myśleć i
żeby powstrzymać odruch rozglądania się i analizowania
rzeczywistości skupiłam się na szafce przed mymi oczyma.
- Laoise, jak się
czujesz? - spytała troskliwie Margaret. - Wezwaliśmy Erin żeby
zajęła się Twoimi emocjami.
Kobieta o
czarujących oczach w kolorze płynnego złota uśmiechnęła się do
mnie pokrzepiająco ukazując szereg prostych, białych zębów
skrytych za pełnymi malinowymi wargami. Jej ciemna cera i włosy
kontrastowały z oczyma tworząc piękną całość.
- Witaj, Laoise. Jak
już się pewnie domyślasz jestem córką Motusa, który obdarzył
mnie darem kontroli emocji co bywa przydatne w sytuacjach takich jak
ta.
- Proszę mi tylko
zbytnio nie namieszać w mózgu... - błagałam cicho nie mając
pojęcia co innego mogłabym zrobić.
-Spokojnie... -
powiedziała Erin uśmiechając się do mnie przyjaźnie. - Nie chcę
Cię zahipnotyzować ani nic. Chcę tylko pomóc ci opanować strach
i zdumienie, abyś mogła łatwiej wszystko zrozumieć.
- Nie zrozumiałam
połowy pani słów... - zaczęłam, ale głos uwiązł mi w gardle
gdy poczułam jak ogarnia mnie spokój, emocje odpuszczają, pojawia
się opanowanie.
Uśmiechnęłam się
więc radośnie sama do siebie uważnie obserwując swoje lustrzane
odbicie. Czułam jak tracę panowanie nad umysłem i musiałam
sprawdzić czy ciało wciąż należy do mnie. Kolejna fala spokoju
tym razem mojego własnego, wypełniła moją duszę, umysł oraz
ciału dzięki czemu znów mogłam skupić się na słowach Margaret
i Ryanna, które choć wciąż zaskakujące i niewiarygodne przestały
przyprawiać mnie o zawroty głowy.
- Widzisz, Laoise...
tak naprawdę w tym wszystkim chodzi właśnie o to. Nie o kolor oczu
i błogosławieństwo oraz moce z nim związane lecz o smoki.
Dosłownie każdego kto przebywa w Saltusie wybrał kiedyś jakiś
smok. Właściwie to nie jakiś lecz ten Jedyny. Nie człowiek bowiem
wybiera Smoka lecz Smok wybiera człowieka. Jaja tych wielkich
jaszczurów są bowiem o wiele łatwiej dostępne niż się ludziom
wydaje. Tak przynajmniej było, aż do niedawna. Dwa lata temu jednak
naznaczenia zaczęły zdarzać się co raz rzadziej, właściwie
przestało przybywać uczniów zarówno z Gregoriany jak i spoza
niej. Zaczęło nas to martwić i szczerze mówiąc mieliśmy zamiar
udać się po radę do Vicistii...
- Kim lub czym jest
Vicistia? - spytałam czując się dziwnie otumaniona.
- Vicistia jest
wybranką wszystkich bogów. Jest najwyższa pośród ludzi i
najniższa pośród bóstw. Posiada dary każdego Potomka. Jako
Najważniejsza Kapłanka wiary Stigma Libertas przewodniczy jej
radzie i to do niej należy zwracać się z każdymi wątpliwościami.
- odpowiedziała Margaret.
- Jednak w końcu
pojawiłaś się ty, a my odzyskaliśmy nadzieję. Dotknąć smoczego
jaja może bowiem każdy, ale tylko ręka odpowiedniego Potomka
obudzi śpiącego, a jego słowo rozłamie skorupkę. - dodał Ryann.
- Czyli... chcecie mi
powiedzieć, że do tego wszystkiego mam jeszcze smoka?
- Tak Laoise. Masz
smoka. Wybrał cię i teraz będziesz jego Jeźdźcem na dobre i złe.
- powiedziała powoli Erin. - Ale za nim zobaczysz jajko i będziesz
mogła obudzić swoje zwierzę musisz zrozumieć jeszcze parę spraw.
- Po pierwsze:
Gregoriana w której mieszkałaś do tej pory jest tak naprawdę o 3
wieki wstecz niż my co może być dla ciebie wielkim szokiem i nikt
nie będzie się śmiał jeśli zaczniesz płakać na widok ciepłej
bierzącej wody. - roześmiał się Ryann.
- Po drugie: Saltus
jest szkołą do której automatycznie trafiłaś, a jej zasady i
wszystko inne poznasz dziś wieczorem. - dodała Margaret.
- Po trzecie: Muszę
teraz zburzyć barierę emocjonalną co może wytrącić cię z
równowagi. Bądź przygotowana na to, że uderzą w ciebie wszystkie
emocje, które wstrzymywałam przez ten czas. Nagle, wszystkie naraz,
lecz tylko na sekundę.
Gdy wypowiedziała
ostatnie słowo poczułam się jakby ktoś wbił mi nóż prosto w
serce. Siła wymyślonego ciosu pchnęła mnie do tyłu i na chwilę
wydarła powietrze. Uczucie pojawiło się i znikło tak szybko, że
nie zdążyłam nawet zarejestrować towarzyszących mu emocji.
Zachwiałam się
lekko i pewnie gdyby nie pomocna dłoń Erin znów spadłabym z
łóżka.
- Teraz musisz iść
do łazienki. - uśmiechnęła się do mnie Margaret. - Załóż to,
a za chwilę dołączy do ciebie Struana i pomoże ci zmienić się w
człowieka.
Uniosłam wysoko
brwi nie do końca rozumiejąc co to ma znaczyć i kim jest Struana,
ale czułam, że lepiej będzie nie zadawać pytań. Wyszłam więc
po prostu z pokoju i wskazaną mi wcześniej drogą dotarłam do
łazienki.
Wchodząc do
pomieszczenia czułam się dziwnie otępiała i otumaniona. Od samego
progu poczułam setki cudownych, nieznanych mi wcześniej zapachów.
Ściany utrzymane były w jasnym błękicie, a biała, kafelkowana
podłoga lśniła czystością. Meble były szare, a dodatki tej
samej barwy co ściany. Gładziłam i dotykałam wszystkiego co
nawinęło mi się pod palce. Płakałam patrząc na parę unoszącą
się z bieżącej wody. Skrobałam palcami po niesamowicie czystej
szybie kabiny prysznicowej, wtulałam twarz w miękki ręcznik. Nie
rozumiejąc ani słowa przeczytałam ulotkę dziwnego niby żelu o
nazwie „pasta do zębów Aquafresh”, a potem osunęłam się na
podłogę.
Czułam się jak w
raju. Oddychałam głęboko, serce biło mi przyspieszonym rytmem, a
w oczach zastygły łzy...
Z drugiej strony
jednak czułam, że tam nie pasuję. Saltus był dla mnie obcą
planetą, a ja kosmitką. Wyrzuty sumienia targały mną mocno gdy
tylko przypominałam sobie o wciąż tkwiącym w piekle bracie i
ojcu. Alexsie, Ronie, Dzieciach Lisach, Starej Sue i całej reszcie.
Wiedziałam jednak, że nie mogę im pomóc i powoli oddałam się
przyjemności zaczynając od założenia puszystego szlafroka od
Margaret.
*****
Po chwili do drzwi
łazienki ktoś zapukał i wszedł. Była to wysoka, piękna kobieta
o szarych oczach, lśniących, blond włosach do pasa i cudownym
rozjaśniającym całą twarz uśmiechu. Jej cera była jasna, gładka
i bez najmniejszej skazy, a figura idealnie szczupła. Ubrana była w
luźną, białą bluzkę odkrywającą brzuch i szare dresy do
których wybrała czarne szpilki. (Nazw tych wszystkich rzeczy
nauczyłam się dopiero potem).
Nawet teraz nie
potrafiłabym wymienić wszystkich zabiegów, które miały miejsce
potem. Podczas połowy czułam się jak obdzierana ze skóry, ale na
szczęście po wielu nieprzyjemnych „obrzędach” przyszła kolej
na te fajniejsze.
Umyto mi i podcięto
włosy, wyczyszczono, obcięto i pomalowano mi paznokcie, wykąpano w
wonnych olejkach, wydepilowano, zrobiono pilling oraz nabalsamowano.
Aż w końcu wypuszczono z objęć łazienki.
Idąc po miękkim
dywanie wyścielającym korytarz poczułam się jak nowo narodzona,
dzięki zdarciu zrogowaciałej skóry ze stóp o wiele mocniej
odbierałam wszelkie bodźce. Puszysty, różowy szlafrok owijał
moją gładką skórę, a włosy choć wciąż jeszcze nie do końca
zregenerowane i tak prezentowały się milion razy lepiej. Pachniałam
i czułam się cudownie, a jeszcze lepiej robiło mi się na myśl,
że o to królowa mody pomoże mi dobrać strój.
I w końcu wraz z
doglądającą mnie od wielu godzin Struaną dotarłyśmy do tak
zwanego Pokoju Nowości. Kobieta otworzyła przede mną drzwi i
pozwoliła mi wejść jako pierwsza. Ukłoniłam jej się delikatnie
i przekroczyłam próg.
To co zobaczyłam po
raz kolejny zaparło mi dech w piersiach. Ściany były bowiem w
cudownym cytrusowym kolorze, a w całym pokoju unosił się zapach
grejpfrutów, których wtedy jeszcze nie potrafiłabym sobie nawet
wyobrazić. Nie to jednak przykuło moją uwagę lecz ilość szaf,
kredensów, półek, wieszaków i wszelkiego rodzaju „pojemników”
na ubrania. A dokładniej to, że wszystkie one wypełnione były po
brzegi.
- Witaj w moim
królestwie. - powiedziała wesoło Struana rzucając się na coś co
okazało się być ukrytą pod stertą ubrań sofą. - Pozwól, że
wybiorę tu coś dla ciebie.
Z otwartymi szeroko
oczyma pokiwałam głową bez słowa przyglądając się jej
poczynaniom. Słuchałam (i nie rozumiałam) słowa aprobaty i
dezaprobaty kiedy kobieta po kolei dotykała i oglądała każdy
ciuch. Mruczała coś do siebie, a może i do mnie, ale ja zbyt
zajęta byłam chłonieńciem ilości barw i faktur by móc coś
zrozumieć lub odpowiedzieć.
W końcu Struana
podeszła do sofy na którą wcześniej się rzuciła i jednym ruchem
ręki w niedelikatny sposób zrobiła trochę miejsca, które
natychmiast zajęły przygotowane przez nią zestawy. Uśmiechnęła
się do mnie figlarnie, odwróciła i jeszcze przez chwilę grzebała
w szafach i komodach co jakiś czas dorzucając coś na stertę.
Nareszcie
stwierdziła, że wystarczy. Przekopała górę z ubrań i szybko
dobrała przyjemnie wyglądający zestaw składający się z
krótkiej, czarnej spódnicy, luźnej, białej bluzki i turkusowych
trampek za kostkę.
- Na obcasy chyba
jeszcze za wcześnie. - puściła do mnie oko Struana. - No!
Rozbieraj się!
Szybko spełniłam
jej polecenie, ponieważ mimo iż oglądała mnie wcześniej nago i
to długo oraz uważnie, wciąż czułam się niepewnie. Nikomu
wcześniej nie pokazałam tak wiele ciała i nie spodziewałam się
raczej by miało to szybko nastąpić.
- Nie, nie, nie. -
jęknęła kobieta kiedy byłam już gotowa i obracałam się przed
nią chcąc zaprezentować każdą stronę.- Te trampeczki kompletnie
nie pasują! Och... jaka szkoda, że nie mogę dać ci szpilek!
*****
W końcu po jakiejś
godzinie z okładem udało się nam (mi, Struanie i ciuchom) dojść
do ładu. W krótkich, dżinsowych spodenkach, białej bluzce na
ramiączka z kolorowymi napisami oraz turkusowych trampkach
prezentowałam się zdecydowanie najlepiej w swoim dotychczasowym
życiu.
- No super. Wybiła
19. - powiedziała Struana, a w odpowiedzi na moje zdezorientowane
spojrzenie tylko pokręciła głową. - Idziemy na kolację.
Struana wyprowadziła
mnie z budynku krokiem tak szybkim, że niczemu nie zdążyłam się
przyjrzeć. Nie wiedziałam dlaczego i dokąd się tak spieszy, ale
jej zacięty wyraz twarzy jasno dawał mi do zrozumienia, że lepiej
nie zadawać pytań.
Wychodząc z budynku
po prawej stronie minęłyśmy pasmo drzew i ławek, ale także im
nie zdążyłam się zbyt dobrze przyjrzeć. Struana natychmiast
poprowadziła mnie do budynku, którego piękna nie da się opisać...
mimo to spróbuję. Budowla ta była nieskazitelnie biała, a jej
okna zdobiły witraże w których od razu rozpoznałam postacie bogiń
i bogów, których przecież nigdy wcześniej nie widziałam. W
środku ściany były bardziej kremowe, a przy suficie bogato
zdobione. Od razu zauważyłam podwyższenie dla organisty i obejście
za ołtarzem. W całej świątyni czuć było atmosferę napięcia i
oczekiwania, miałam ochotę przyjrzeć się innym Potomkom, ale
Struana prowadziła mnie boczną nawą osłaniając mnie przed
spojrzeniami reszty uczniów. W pewnym momencie otworzyła jakieś
drzwi, których wcześniej nie zauważyłam i wepchnęła mnie przed
sobą do środka.
- Posłuchaj mnie
uważnie, Laoise. Jesteśmy teraz w świątyni wszystkich serc czyli
w miejscu gdzie sławi się każdego z bogów i bogiń. Ja muszę
teraz wyjść, a ty zostać. Jednak gdy usłyszysz śpiew musisz
ruszyć w tamtą stronę. - zaczęła kobieta pokazując wąski, ale
wysoki tunel za moimi plecami. - Tamtędy dostaniesz się na ołtarz
gdzie zostaniesz oficjalnie przyjęta do społeczności Potomków.
- Mam tam iść sama?
- zapytałam wbijając wzrok w swoje trzęsące się ze strachu ręce.
- Tak. -
odpowiedziała spokojnie Struana i poklepawszy mnie pokrzepiająco po
ramieniu wyszła.
- Super. - jęknęłam.
Pomieszczenie w
którym się znajdowałam było małe i puste, miało białe ściany
i podłogę, a na suficie zawieszona była jakaś dziwna świecąca
kula otoczona papierową otoczką.
_________
Jak na razie jest to dopiero połowa drugiego rozdziału, ale stwierdziłam, że i tak przerwa pomiędzy nimi była zbyt długa :c
~Sowa
_________
Jak na razie jest to dopiero połowa drugiego rozdziału, ale stwierdziłam, że i tak przerwa pomiędzy nimi była zbyt długa :c
~Sowa