wtorek, 20 maja 2014

Rozdział 1

Na wstępie chciałabym oznajmić, że traktuję pisanie naprawde powarznie i dlatego bardzo zależy mi na opiniach :) Mam w planach rozwinięcie tego co tu zacznę w książkę, ale nie jestem pewna czy to ma w ogóle prawo wypalić i marzę by dowiedzieć się tego od Was. Wiem, że nie każdemu chce się komentować, ale naprawdę wystarczy mi choćby jedno słowo... Nie mam zamiaru przestać pisać, bo wiem, że długo bez tego nie wytrzymam, ale jeśli okaże się, że nie mam wystarczających zasobów talentu i weny usunę bloga i zapomnimy o wszystkim ;) 
Nie przedłużam już bardziej i zapraszam :) 
_________
W kieszeni grzechotały mi srebrniki. Nie było ich oczywiście dużo. Tylko tyle abym, w razie gdyby nic nie udało mi się upolować, mogła kupić coś do jedzenia żeby nie umrzeć z głodu, ponieważ byłoby to zbyt wielkim ciosem dla stanu finansowego mojej rodziny. Oczywiście nigdy nie odważyłabym się wrócić do domu bez mięsa i pieniędzy. Bałam się tego co mógłby zrobić mi ojciec skoro nawet za niedobrą zupę dobywał bata. Dlatego często nie było mnie w domu nawet dwa tygodnie byleby tylko przynieść parę trupów.
Dodatkowe pieniądze wydawałam więc na alkohol dla ojca i jakiś przysmak lub lekarstwo dla chorego brata. Nigdy nie kupowałam nic dla siebie choćbym nie wiadomo jak tego nie pragnęła. W końcu przestałam nawet marzyć i zaakceptowałam ssący w żołądku głód podczas kupowania pieczonego udka dla Rogera i bukłaka z winem dla taty.
Dnia w którym zaczęła się moja historia właśnie wychodziłam z karczmy z torbą wyładowaną winem i ziołami oraz pięcioma wiewiórkami, lisem oraz 3 kosami przewieszonymi przez ramię. Szłam spokojnie ponieważ łowy zajęły mi wyjątkowo tylko 3 dni, a mięsa było wystarczająco . Nie spieszyło mi się więc zbytnio do domu mimo iż wiedziałam, że ojciec jak zawsze nie będzie zadowolony.
- Laoise! Ej, Laoise! - usłyszałam za plecami.
- Ron. - odparłam sucho zatrzymując się, ale nie odwracając.
- Więc jednak... wciąż jesteś zła. - powiedział smutno stając naprzeciw mnie.
- Nie sądzę żeby to było pytanie.
- Posłuchaj! Ja naprawdę myślałem, że robię dobrze!
- Och, serio? - zironizowałam będąc już mocno wściekłą.
- Nie miałem pojęcia, że tak cię to wkurzy. Przysięgam! - błagał.
- No tak. Bo to takie dziecinne z mojej strony obrażać się o to, że wygadałeś to co zrobiłam ojcu, który o mało nie zatłukł mnie na śmierć! - krzyczałam. - Dziecinada!
- Co?! - wykrzyknął chłopak blednąc.
Zamiast odpowiedzieć wysoko podciągnęłam poszarpaną koszulę. Wielkim ze strachu oczom chłopaka ukazał się mój, poprzecinany czerwonymi pręgami, brzuch. W żółtawym świetle przydrożnych pochodni moje rany musiały wyglądać na jeszcze głębsze i poważniejsze przez co twarz Rona zmieniła kolor z białego na zielony.
- Dzięki bogu Roger miał kolejny napad... - rzuciłam na odchodne.
Zostawiłam go samego z czymś z czym sama nie potrafiłam się pogodzić. Obrywałam często i za wszystko. Od choroby Rogera, przez śmierć matki, aż do złej pogody. I choć ojciec krzywdził mnie prawie codziennie wciąż go kochałam, a złość na niego już mi przeszła. Wiedziałam jednak, że jeśli Ron powie komuś o tym co zobaczył znów mi się oberwie i może tym razem nawet atak brata mnie nie uratuje. W obawie przed taką sytuacją odwróciłam się szybko.
- Ron! Ej, Ron! - krzyczałam, ale chłopaka nigdzie nie było.
W końcu musiałam się z tym pogodzić i zaczęłam wracać do domu obawiając się tego co w nim zastanę. Idąc zastanawiałam się nad listą możliwych powodów dla których mój ojciec będzie mógł wyciągnąć bata.
*****
- Gdzieś ty była? - warknął na powitanie mój tatuś. - Myślałem, że zwariuję z tym twoim bezużytecznym bratem.
- Przepraszam. - wyszeptałam wyjmując z torby bukłak wina.
Wyszarpnął mi napój z ręki i odszedł, pogardliwie kręcąc głową. Nie mogłam oczekiwać innej reakcji, ale mimo to było mi przykro patrzeć na tego wyniszczonego smutkiem i alkoholem człowieka. Rzuciłam mięso i torbę na stół chcąc zająć się resztą nieprzyjemnej roboty tak żeby następnego dnia mieć za co, kupić lekarstwa dla Rogera. Niestety, właśnie w momencie gdy siadałam przy stole, z nożem w ręku, w izbie obok ktoś głośno zakaszlał. Odrzuciłam więc narzędzie i ruszyłam na ratunek.
Czoło Rogera było jeszcze gorętsze niż zwykle powodując okropną potliwość. Ze łzami w oczach sięgnęłam po wiadro ze szmatą w środku. Wiedziałam, że jeśli położę mu na czoło wymoczony w górskim strumyku materiał gorączka spadnie. Miałam jednak świadomość, że nie na długo. Zrobiłam to jednak mimo wszystko, siedząc na krześle przy chorym braciszku patrzyłam jak lodowata woda miesza się z potem i płynie po policzkach niczym łzy. Ochłodzenie wybudziło Rogera ze snu i natychmiast targnął nim kaszel z siłą większą niż ta, która znajdowała się w jego trawionym, od lat, chorobą ciele.
Wyszłam na chwilę z pokoju i swoje kroki skierowałam do kuchni gdzie w małej szafce znajdował się skromny zapasem medykamentów. Podałam mu je wraz ze szklanką wody, ale on jak zwykle pokręcił przecząco głową zużywając na to tygodniowy przydział siły.
- Pozwól mi... - wyszeptał całym sobą powstrzymując okropny kaszel. - Już nie mogę.
Roger był chory od urodzenia, a ja już wtedy myłam go i doglądałam. Miałam sześć lat kiedy przyszedł na świat wyniszczając od środka organizm matki, która przez powikłania przy porodzie zmarła. Od tego czasu zastępowałam mu ją i choć to dziwne nigdy nie czułam złości na to, że to nie on zginął. Kochałam go całym sercem, a matki nawet prawie nie pamiętałam (z wyjątkiem kilku wspomnień). Ojciec również uparcie mi nie przypominał zamiast tego całymi dniami chlał nie zwracając uwagi ani na mnie, ani na Rogera. Przestał nawet pracować więc już jako sześciolatka objęłam funkcję jedynego filara gospodarki naszej rodziny.
Po takich doświadczeniach trudno byłoby pozostać słabą, miękką dziewczynką. Jak można się więc spodziewać jako piętnastolatka byłam silną, odpowiedzialną osobą gotową przetrwać PRAWIE wszystko. Jednak dziewięciolatek błagający o śmierć był ponad moje siły.
- Będzie dobrze, Rog. Będzie dobrze... - powiedziałam tuląc go mocno i powstrzymując nieuchronne łzy.
*****

W nocy znów obudził mnie brat. Mimo ziół, które podałam mu wieczorem, gorączka znów wzrosła powodując straszne halucynacje i przewidzenia. Atakowała mózg Rogera pozostawiając go w całkowitym rozbiciu, strachu i niepewności. Po raz kolejny wymoczyłam szmatkę w lodowatej wodzie i zrobiłam mu z niej okłady. Tym razem materiał wysechł jeszcze wcześniej niż zawsze, a rozpaczliwe krzyki i niekontrolowane ruchy ustały dopiero po trzeciej zmianie.
Po takich rzeczach nawet ja nie potrafiłam spać. Wróciłam więc do kuchni i zapakowawszy oporządzoną zwierzynę do torby ruszyłam do miasta z nadzieją korzystnej wymiany.
Droga do miasta nigdy mi się nie dłużyła. Wręcz przeciwnie, mimo tego iż była długa i męcząca cieszyłam się nią i ociągałam chcąc jak najdłużej pozostać poza ścianami domu. Uciekałam od kaszlu, krzyku, bólu... Czułam się z tym źle, bo wiedziałam jak bardzo potrzebuje mnie Roger, a wyrzuty sumienia z tego powodu dopadały mnie za każdym razem gdy zbyt wolno podniosłam nogę. Nie potrafiłam się jednak przemóc, by tego nie robić. Zwariowałabym będąc zmuszoną do spędzania jeszcze większej ilości czasu z dwoma wyniszczonymi ludźmi.
Tamtego wczesnego poranka ociągałam się jeszcze bardziej niż zwykle. Nocne krzyki i majaki brata siedziały mi w głowie na dając myśleć o niczym innym. Jedyną rzeczą, która zawsze pomagała mi uwolnić smutek, były smutne piosnki.
Jedzie pociąg, złe wagony
do więzienia wiozą mnie.
Świat ma tylko cztery strony,
a w tym świecie nie ma mnie.
Gdy swe oczy otworzyłem
wielki żal ogarnął mnie,
po policzkach łzy spłynęły,
zrozumiałem wtedy, że
czarny chleb i czarna kawa
opętani samotnością
myślą swą szukają szczęścia,
które zwie się wolnością.”*
Mój głos od zawsze był czysty i przyjemny, wiatr niósł go w dół do miasta, a zasłuchane ptaki przysiadały na pobliskich drzewach. Talent do śpiewu i urzekający, jak mi mówili, głos, odziedziczyłam po mamie. Podobno kiedy byłam mała i chodziłam z nią do wsi najpierw było nas słychać, a dopiero potem widać.
Znałam dalsze słowa piosenki więc to nie to było przyczyną mojego nagłego zamilknięcia. Spowodowała to nagła panika wśród zasłuchanych ptaków, zwiastująca nadchodzące, potencjalne niebezpieczeństwo.
Wyciągnęłam więc szybko łuk i naciągnęłam strzałę na cięciwę, wioska była raczej bezpieczna, ale zdarzały się w niej przecież najazdy rabusiów i złoczyńców.
Nagle w polu widzenia pojawił się Alex. Zarówno charakterem jak i wyglądem kompletnie różnił się od swojego brata i chociaż z obydwoma dobrze się dogadywałam, to właśnie starszego o dwa lata Alexandra mogłam nazwać przyjacielem.
- Laoise! - usłyszałam, chłopak w przeciwieństwie do mnie szedł pod górę więc nie mógł mnie jeszcze zobaczyć. - To ty?
- Alex! - odkrzyknęłam i zaczęłam biec w jego stronę.
- Musisz uciekać! - odwrzasnął zatrzymując się i próbując złapać oddech. - Uciekać.
- Co? Alex, o czym ty mówisz? - jego słowa wprawiły mnie w osłupienie przez co stopy odmówiły posłuszeństwa nie chcąc kontynuować wysiłku. - O co ci chodzi?
- Szukają tego, kto był na Szlaku. Ron powiedział mi, że to ty. - odpowiedział będąc już niecały metr ode mnie.
- Co? - jęknęłam słabo mimo iż wreszcie zrozumiałam.
Alex patrzył na mnie ze współczuciem i już miał mnie objąć kiedy targnięta nagłym przeczuciem rzuciłam się w krzaki. Rzeczywiście. Chwilę potem rozległ się tętent kopyt, a na zboczu pojawił się koń i jego jeździec, którego ze swojego miejsca nie mogłam dokładnie zobaczyć.
- Laoise, spokojnie! To tylko Ron! - odparł Alex nachylając się nade mną z wyciągniętą dłonią. - Ma dla ciebie środek transportu.
Dzięki pomocy chłopaka szybko wydostałam się z zarośli od razu wyjmując z rąk i nóg po parę kolców. Dzięki temu zajęciu nie musiałam patrzeć żadnemu z nich w oczy na co nie byłam gotowa.
- Nie chciałbym ci przerywać, ale obawiam się, że musisz się spieszyć. - przerwał mi nagle Ron podtykając cugle pod nos. - Nie masz zbyt dużej przewagi.
- Przewagi nad kim? - spytałam tępo.
- Posłuchaj! Straż czy jak by ich tam nie nazwać już na ciebie poluje. Z moich wiadomości wynika, że są dwie, maksymalnie trzy wioski stąd. Szukają osoby, która weszła na Szlak. To musisz być ty.
- Skąd masz takie informacje? Kto w ogóle mnie ściga? Za co? - pytałam nie mogąc pojąć jak szybko wali się świat.
- Miałem dzisiaj wyjechać do pracy na pole, cztery wioski stąd. Senior u którego miałem pracować wysłał przepraszającego posła z zaliczką na przyszły rok. Pisał, że nie ma opcji bym się do niego przedostał z powodu poszukującej jakiegoś przestępcy, dziwnej straży. Nie wiem kto to. Ale Laoise, nie udawaj głupiej! Dobrze wiesz, że wstęp na Szlak jest zabroniony! - stracił nad sobą panowanie Alex. - Nie wiem co tam robiłaś, ale mam nadzieję, że się opłacało!
Wypowiedź zakończył z tak wielką złością, że aż przebiegły mnie dreszcze. Było mi głupio. Byłam zła, załamana, przestraszona... Nie mogłam oddychać z przerażenia. '
- Ja... ja przypadkiem... Nie chciałam... Nie wiedziałam, że to się tak skończy... - jąkałam się pragnąc wytłumaczenia.
- Akurat to nie jest teraz ważne. Ważne jest to, że musisz uciekać i to jak najszybciej. Masz tu najlepszego konia jakiego udało mi się znaleźć, trochę srebrników, wody i jedzenia. Ucieknij jak najdalej. Zbocz z głównej trasy. Zacznij nowe życie i bądź ostrożna. - ostudził napięcie Ron. - Znajdziemy cię kiedy będzie bezpiecznie.
- A... kto zajmie się Rogerem? - wyszeptałam – Kto da ojcu jedzenie i alkohol? Kto będzie odwiedzał straganiarzy i kupców zapewniając im najlepsze przysmaki? Kto będzie dbał o Starą Sue, a kto o Dzieci Lisy?
- Jesteś niezastąpiona Lao... ale jakoś będziemy musieli dać sobie radę. Tylko błagam uciekaj już wreszcie! - krzyknął zrozpaczony Alex, a na jego policzkach, po raz pierwszy publicznie, pojawiły się łzy. - I wróć. Wróć, ale dopiero wtedy gdy będzie bezpiecznie.
- M... musicie przekazać wiadomość Rogerowi... - powiedziałam słabo zbyt przerażona by płakać. - Musicie utrzymać go przy życiu!
Spojrzeli na mnie zdumieni, a twarze obojgu zalewały łzy. Chudzi, w poszarpanych, brudnych ubraniach, z zaczerwienionymi od płaczu i biegu policzkami wyglądali jak biedni, niewinni chłopcy. W innej sytuacji natychmiast roześmiałabym się głośno klepiąc ich po policzkach i obejmując za szyję... Zapewniłabym, że wszystko będzie dobrze i że kiedy wrócę od razu opowiem wszystkim o tym jak żałośnie wyglądali kiedy odchodziłam. Tym razem jednak wiedziałam, że to nie są żarty. Że czeka mnie coś gorszego niż sesja z batem ojca. Że są to najpoważniejsze z licznych kłopotów w jakie wpadałam. Najgorsze jednak było tykanie mojego wewnętrznego zegara, tykanie które brzmiało jak tętent kopyt i odliczało czas, który pozostał aż dopadną mnie te kopyta.
- Wyprawcie mi ładny pogrzeb. - rzuciłam na odchodne wciskając Alexowi w dłoń zapisany węglem na papierze od mięsa wiersz. - A Rogerowi dajcie to.
Wskakując na konia obiecałam sobie, że nie obejrzę się za siebie ani razu. Zrobiłam to jednak. Patrzyłam na Rona i Alexa tak długo, aż koń wspiął się na kolejne wzgórze i straciłam ich z oczu. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy i przyśpieszenie do kłusa.
Wjeżdżając do lasu czułam się tak, jakbym wjeżdżała w magiczne wrota. Jakbym jednym krokiem oddzielała całe swoje dotychczasowe życie, grubą, nieprzystępną linią. I choć bardzo tego nie chciałam, podskórnie czułam, że minie duuużo czasu zanim wrócę. A kiedy to się stanie to miejsce nie będzie już takie samo.
*****
Ruszenie galopem spowodowało, że koń szybko się zmęczył i musiałam przejść do kłusa, który był nie wiele szybszy od chodu co bardzo mnie irytowało. Wciąż miałam wrażenie, że Straż jest tuż za mną dosłownie wjeżdżając mi w zad. Pospieszanie konia nie miało jednak żadnego sensu więc żeby trochę się odstresować zajęłam się wymyślaniem imienia dla niego.
Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam wyszyte na czapraku „Aster” . Roześmiałam się głośno z własnej głupoty, ale śmiech szybko przerodził się w histerie niosącą się po cichym dotąd lesie. Nagle doszło do mnie jak samotna będę przez najbliższe tygodnie, a może nawet dłużej. Dopóki nie dojadę do Północnego Krańca Gregoriany i nie znajdę bezpiecznego miejsca moim jedynym towarzyszem będzie siwy koń- Aster.
Zrozpaczona opadłam z powrotem w siodło i pustym wzrokiem patrzyłam przed siebie. Tam był już tylko las...
Nagle przypomniał mi się powód dla którego działo się to wszystko. Przeklęty Szlak i ciekawość... Jak mogłam być tak głupia?
Szlak był miejscem zakazanym od zawsze i nikt nie wiedział dlaczego. Co dziwniejsze nie było na ten temat ani jednej plotki co w wiosce takiej jak moja było czymś praktycznie niespotykanym. Gdyby komuś objawił się Bóg na pewno plotkowano by nawet o jego ubraniu.
A o Szlaku nikt nie mówił ani słowa. Większość nawet nie wiedziała gdzie się znajduję, a i ja trafiłam na niego zupełnie przypadkiem...
Kilka dni wcześniej tropiłam właśnie w lesie stadko jeleni z młodymi w nadziei, że za otrzymane pieniądze kupię bratu lekarstwa, które choć na chwilę powstrzymają najgorsze- krwotoki z ust podczas kaszlu. Chodziłam już za nimi kilka godzin i miałam nadzieję, że w końcu uda mi się je ustrzelić. Nareszcie stadko zatrzymało się na łące i spokojnie zaczęło się paść nie zdając sobie sprawy z mojej obecności.
Szybko upatrzyłam najsłabsze ogniwo i naciągnęłam cięciwę gotowa do strzału gdy nagle dziwnym zrządzeniem losu spojrzałam trochę dalej. Tam, gdzie nagle kończyła się leśna polana, rozciągał się wysoki na parę metrów mur. Częściowo przysłonięty był drzewami, ale ziemia w odległości metra była zupełnie pusta bez choćby najmniejszego źdźbła trawy lub kwiatka. Zupełnie nic. Jeszcze dziwniejsze było to, że najbliższe mu drzewa były jakby umarłe i wyschnięte, a na ich gałęziach nie było gniazd, ani zwierząt.
Zafascynowana dziwnym zjawiskiem nieopatrznie wypuściłam strzałę czyniąc tym samym dwie rzeczy: po pierwsze płosząc stadko, po drugie wysyłając pocisk do ogrodzonego dziwnym murem terenu.
Nie to żebym miała ich nadmiar, ale zwykła strzała nie była zbyt cenna i bez trudu mogłabym zrobić nową. Wtedy jednak wmówiłam sobie, że jest na odwrót i nie zastanawiając się ni chwili wdrapałam się na drzewo by wydostać swoją strzałę. Choć było wysoko, skacząc nie zrobiłam sobie krzywdy. Upadłam miękko na tyłek i przez kilka chwil siedziałam w osłupieniu. Widok kompletnie mnie rozczarował.
Szlak- miejsce o którego możliwej niesamowitości śniłam po nocach, okazał się zwykłą, ogrodzoną murem łąką. Nie było w niej, jak mi się wydawało, zupełnie NIC niezwykłego czy ciekawego.
Zabrałam strzałę i wspiąwszy się po kamiennej zaporze wydostałam się na zewnątrz. Rozczarowanie i smutek towarzyszyło mi przez parę dni... Uczucia te były tak silne, że przestałam się nawet zastanawiać, po co ktoś ogradzałby kawałek zwykłej polany.
Westchnęłam ciężko uświadamiając sobie jak głupio i nierozmyślnie postąpiłam. Ta przeklęta strzała mogłaby tam zostać i zupełnie nic by się nie stało.
Gdy o tym rozmyślałam nagle poczułam ciążenie w kieszeni, a moja dłoń sama powędrowała w tamtą stronę. Nagle jednak Aster zatrzymał się niepewny w jaki sposób ominąć ma stojącą przed nami przeszkodę, której nie zauważyłam przez zamyślenie.
*****
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a Aster szedł co raz wolniej. W końcu pozwoliłam mu wjechać trochę bardziej w las i przez parę minut kłusowaliśmy szukając dogodnej polanki. Kiedy ją znaleźliśmy szybko zeskoczyłam z ogiera i złapałam go za wodzę prowadząc do płynącego tuż obok małej polanki strumyka. Koń zaczął pić tak łapczywie, że nagle zaczęło mi się chcieć śmiać.
Usiadłam więc pod drzewem wyjęłam szkicownik i śmiejąc się zaczęłam rysować. Dopiero po chwili śmiech płynnie przerodził się w pozytywny, tym razem, śpiew.
Słońca było jednak co raz mniej i w końcu musiałam wstać żeby nazbierać drewna. Z moich myśli już wiele godzin wcześniej wyleciał dziwny ciężar w kieszeni więc kolację zjadłam spokojnie przyglądając się swemu odbiciu w blaszanym garnku.
Uśmiechnęłam się widząc swoją własną, lekko zniekształconą twarz. Czarne oczy, malinowe usta i niezwykle białe włosy. Nie jasne lecz białe, mocno kontrastujące z czarnymi rzęsami i źrenicami.
- Będzie dobrze... - szepnęłam sama do siebie i oparłam głowę o pień drzewa.
Tym razem moje myśli powędrowały o wiele dalej. Aż do wczesnego dzieciństwa z czasów gdy żyła jeszcze moja mama, a tata kochał mnie i ubóstwiał spędzać ze mną czas. Przypomniało mi się jak zabierał mnie na polowania mówiąc, że kiedyś będziemy robić to razem. Śmiał się przyjaźnie i przytulał mnie kiedy jako mały brzdąc chciałam ratować postrzelone przez niego zwierzątka i gonił mnie przepraszając na kolanach kiedy odchodziłam obrażona za to co zrobił. Pamiętałam też jak mama uczyła mnie czytać i jej zdumienie kiedy nauczyłam się tego w wieku czterech lat i od razu zaczęłam przemycać książki pod poduszkę by czytać w nocy, przy świecy.
Potem przypomnieli mi się Ron i Alex, którzy choć byli braćmi kompletnie się od siebie różnili. Alex miał czarne, rozwichrzone włosy, był wysportowany i wysoki, a Ron był rudy i niski łączyły ich tylko czarne jak u wszystkich mieszkańców Gregoriany oczy i jasna cera. Z charakteru także nie łączyło ich zbyt wiele. Starszy brat uwielbiał czytać i poznawać świat, był odważny, miły, inteligentny i zabawny. Młodszy zaś znał się na numerach i często praktykował lenistwo. Lubił też dobrze zjeść i zabawiać się w karczmie.
W pewnym momencie przypomniała mi się zazdrość Rona kiedy ja i Alex przesiadywaliśmy na łące i opowiadaliśmy sobie o książkach, a on, który nie umiał jeszcze czytać nie miał co robić. Roześmiałam się głośno na wspomnienie dnia gdy starszy brat Rona zabrał mnie na targ i razem spędziliśmy cały dzień na którego zakończenie kupił mi książkę... śmiech nagle przerodził się w płacz... Zrozumiał, że straciłam to wszystko i już nigdy nie odzyskam...

Opuszki moich palców dotknęły przedmiotu znajdującego się w kieszeni choć nie pamiętałam żebym wkładała do niej rękę. Jedyne co zdążyłam zauważyć to zmiana odbicia w blaszanym naczyniu. 
*piosenka "Czarny chleb i czarna kawa" zespołu Strachy na lachy :)
______
Muszę przyznać, że rozdział wyszedł mi dość długi, ale mam nadzieję, że to nie zniechęci ;) 
~Sowa