Nie przedłużam już bardziej i zapraszam :)
_________
W
kieszeni grzechotały mi srebrniki. Nie było ich oczywiście dużo.
Tylko tyle abym, w razie gdyby nic nie udało mi się upolować,
mogła kupić coś do jedzenia żeby nie umrzeć z głodu, ponieważ
byłoby to zbyt wielkim ciosem dla stanu finansowego mojej rodziny.
Oczywiście nigdy nie odważyłabym się wrócić do domu bez mięsa
i pieniędzy. Bałam się tego co mógłby zrobić mi ojciec skoro
nawet za niedobrą zupę dobywał bata. Dlatego często nie było
mnie w domu nawet dwa tygodnie byleby tylko przynieść parę trupów.
Dodatkowe
pieniądze wydawałam więc na alkohol dla ojca i jakiś przysmak lub
lekarstwo dla chorego brata. Nigdy nie kupowałam nic dla siebie
choćbym nie wiadomo jak tego nie pragnęła. W końcu przestałam
nawet marzyć i zaakceptowałam ssący w żołądku głód podczas
kupowania pieczonego udka dla Rogera i bukłaka z winem dla taty.
Dnia
w którym zaczęła się moja historia właśnie wychodziłam z
karczmy z torbą wyładowaną winem i ziołami oraz pięcioma
wiewiórkami, lisem oraz 3 kosami przewieszonymi przez ramię. Szłam
spokojnie ponieważ łowy zajęły mi wyjątkowo tylko 3 dni, a mięsa
było wystarczająco . Nie spieszyło mi się więc zbytnio do domu
mimo iż wiedziałam, że ojciec jak zawsze nie będzie zadowolony.
-
Laoise! Ej, Laoise! - usłyszałam za plecami.
-
Ron. - odparłam sucho zatrzymując się, ale nie odwracając.
-
Więc jednak... wciąż jesteś zła. - powiedział smutno stając
naprzeciw mnie.
-
Nie sądzę żeby to było pytanie.
-
Posłuchaj! Ja naprawdę myślałem, że robię dobrze!
-
Och, serio? - zironizowałam będąc już mocno wściekłą.
-
Nie miałem pojęcia, że tak cię to wkurzy. Przysięgam! - błagał.
-
No tak. Bo to takie dziecinne z mojej strony obrażać się o to, że
wygadałeś to co zrobiłam ojcu, który o mało nie zatłukł mnie
na śmierć! - krzyczałam. - Dziecinada!
-
Co?! - wykrzyknął chłopak blednąc.
Zamiast
odpowiedzieć wysoko podciągnęłam poszarpaną koszulę. Wielkim ze
strachu oczom chłopaka ukazał się mój, poprzecinany czerwonymi
pręgami, brzuch. W żółtawym świetle przydrożnych pochodni moje
rany musiały wyglądać na jeszcze głębsze i poważniejsze przez
co twarz Rona zmieniła kolor z białego na zielony.
-
Dzięki bogu Roger miał kolejny napad... - rzuciłam na odchodne.
Zostawiłam
go samego z czymś z czym sama nie potrafiłam się pogodzić.
Obrywałam często i za wszystko. Od choroby Rogera, przez śmierć
matki, aż do złej pogody. I choć ojciec krzywdził mnie prawie
codziennie wciąż go kochałam, a złość na niego już mi
przeszła. Wiedziałam jednak, że jeśli Ron powie komuś o tym co
zobaczył znów mi się oberwie i może tym razem nawet atak brata
mnie nie uratuje. W obawie przed taką sytuacją odwróciłam się
szybko.
-
Ron! Ej, Ron! - krzyczałam, ale chłopaka nigdzie nie było.
W
końcu musiałam się z tym pogodzić i zaczęłam wracać do domu
obawiając się tego co w nim zastanę. Idąc zastanawiałam się nad
listą możliwych powodów dla których mój ojciec będzie mógł
wyciągnąć bata.
*****
-
Gdzieś ty była? - warknął na powitanie mój tatuś. - Myślałem,
że zwariuję z tym twoim bezużytecznym bratem.
-
Przepraszam. - wyszeptałam wyjmując z torby bukłak wina.
Wyszarpnął
mi napój z ręki i odszedł, pogardliwie kręcąc głową. Nie
mogłam oczekiwać innej reakcji, ale mimo to było mi przykro
patrzeć na tego wyniszczonego smutkiem i alkoholem człowieka.
Rzuciłam mięso i torbę na stół chcąc zająć się resztą
nieprzyjemnej roboty tak żeby następnego dnia mieć za co, kupić
lekarstwa dla Rogera. Niestety, właśnie w momencie gdy siadałam
przy stole, z nożem w ręku, w izbie obok ktoś głośno zakaszlał.
Odrzuciłam więc narzędzie i ruszyłam na ratunek.
Czoło
Rogera było jeszcze gorętsze niż zwykle powodując okropną
potliwość. Ze łzami w oczach sięgnęłam po wiadro ze szmatą w
środku. Wiedziałam, że jeśli położę mu na czoło wymoczony w
górskim strumyku materiał gorączka spadnie. Miałam jednak
świadomość, że nie na długo. Zrobiłam to jednak mimo wszystko,
siedząc na krześle przy chorym braciszku patrzyłam jak lodowata
woda miesza się z potem i płynie po policzkach niczym łzy.
Ochłodzenie wybudziło Rogera ze snu i natychmiast targnął nim
kaszel z siłą większą niż ta, która znajdowała się w jego
trawionym, od lat, chorobą ciele.
Wyszłam
na chwilę z pokoju i swoje kroki skierowałam do kuchni gdzie w
małej szafce znajdował się skromny zapasem medykamentów. Podałam
mu je wraz ze szklanką wody, ale on jak zwykle pokręcił przecząco
głową zużywając na to tygodniowy przydział siły.
-
Pozwól mi... - wyszeptał całym sobą powstrzymując okropny
kaszel. - Już nie mogę.
Roger
był chory od urodzenia, a ja już wtedy myłam go i doglądałam.
Miałam sześć lat kiedy przyszedł na świat wyniszczając od
środka organizm matki, która przez powikłania przy porodzie
zmarła. Od tego czasu zastępowałam mu ją i choć to dziwne nigdy
nie czułam złości na to, że to nie on zginął. Kochałam go
całym sercem, a matki nawet prawie nie pamiętałam (z wyjątkiem kilku wspomnień). Ojciec również
uparcie mi nie przypominał zamiast tego całymi dniami chlał nie
zwracając uwagi ani na mnie, ani na Rogera. Przestał nawet pracować
więc już jako sześciolatka objęłam funkcję jedynego filara
gospodarki naszej rodziny.
Po
takich doświadczeniach trudno byłoby pozostać słabą, miękką
dziewczynką. Jak można się więc spodziewać jako piętnastolatka
byłam silną, odpowiedzialną osobą gotową przetrwać PRAWIE
wszystko. Jednak dziewięciolatek błagający o śmierć był ponad
moje siły.
-
Będzie dobrze, Rog. Będzie dobrze... - powiedziałam tuląc go
mocno i powstrzymując nieuchronne łzy.
*****
W
nocy znów obudził mnie brat. Mimo ziół, które podałam mu
wieczorem, gorączka znów wzrosła powodując straszne halucynacje i
przewidzenia. Atakowała mózg Rogera pozostawiając go w całkowitym
rozbiciu, strachu i niepewności. Po raz kolejny wymoczyłam szmatkę
w lodowatej wodzie i zrobiłam mu z niej okłady. Tym razem materiał
wysechł jeszcze wcześniej niż zawsze, a rozpaczliwe krzyki i
niekontrolowane ruchy ustały dopiero po trzeciej zmianie.
Po
takich rzeczach nawet ja nie potrafiłam spać. Wróciłam więc do
kuchni i zapakowawszy oporządzoną zwierzynę do torby ruszyłam do
miasta z nadzieją korzystnej wymiany.
Droga
do miasta nigdy mi się nie dłużyła. Wręcz przeciwnie, mimo tego
iż była długa i męcząca cieszyłam się nią i ociągałam chcąc
jak najdłużej pozostać poza ścianami domu. Uciekałam od kaszlu,
krzyku, bólu... Czułam się z tym źle, bo wiedziałam jak bardzo
potrzebuje mnie Roger, a wyrzuty sumienia z tego powodu dopadały
mnie za każdym razem gdy zbyt wolno podniosłam nogę. Nie
potrafiłam się jednak przemóc, by tego nie robić. Zwariowałabym
będąc zmuszoną do spędzania jeszcze większej ilości czasu z
dwoma wyniszczonymi ludźmi.
Tamtego
wczesnego poranka ociągałam się jeszcze bardziej niż zwykle.
Nocne krzyki i majaki brata siedziały mi w głowie na dając myśleć
o niczym innym. Jedyną rzeczą, która zawsze pomagała mi uwolnić
smutek, były smutne piosnki.
„Jedzie
pociąg, złe wagony
do
więzienia wiozą mnie.
Świat
ma tylko cztery strony,
a
w tym świecie nie ma mnie.
Gdy
swe oczy otworzyłem
wielki
żal ogarnął mnie,
po
policzkach łzy spłynęły,
zrozumiałem
wtedy, że
czarny
chleb i czarna kawa
opętani
samotnością
myślą
swą szukają szczęścia,
które
zwie się wolnością.”*
Mój
głos od zawsze był czysty i przyjemny, wiatr niósł go w dół do
miasta, a zasłuchane ptaki przysiadały na pobliskich drzewach.
Talent do śpiewu i urzekający, jak mi mówili, głos,
odziedziczyłam po mamie. Podobno kiedy byłam mała i chodziłam z
nią do wsi najpierw było nas słychać, a dopiero potem widać.
Znałam dalsze słowa piosenki
więc to nie to było przyczyną mojego nagłego zamilknięcia.
Spowodowała to nagła panika wśród zasłuchanych ptaków,
zwiastująca nadchodzące, potencjalne niebezpieczeństwo.
Wyciągnęłam więc szybko łuk
i naciągnęłam strzałę na cięciwę, wioska była raczej
bezpieczna, ale zdarzały się w niej przecież najazdy rabusiów i
złoczyńców.
Nagle
w polu widzenia pojawił się Alex. Zarówno
charakterem jak i wyglądem kompletnie różnił się od swojego
brata i chociaż z obydwoma dobrze się dogadywałam, to właśnie
starszego o dwa lata Alexandra mogłam nazwać przyjacielem.
- Laoise! - usłyszałam, chłopak
w przeciwieństwie do mnie szedł pod górę więc nie mógł mnie
jeszcze zobaczyć. - To ty?
- Alex! - odkrzyknęłam i
zaczęłam biec w jego stronę.
- Musisz uciekać! - odwrzasnął
zatrzymując się i próbując złapać oddech. - Uciekać.
- Co? Alex, o czym ty mówisz? -
jego słowa wprawiły mnie w osłupienie przez co stopy odmówiły
posłuszeństwa nie chcąc kontynuować wysiłku. - O co ci chodzi?
-
Szukają tego, kto był na Szlaku. Ron powiedział mi, że to ty. -
odpowiedział będąc już niecały metr ode
mnie.
- Co? - jęknęłam słabo mimo iż
wreszcie zrozumiałam.
Alex
patrzył na mnie ze współczuciem i już miał mnie objąć kiedy
targnięta nagłym przeczuciem rzuciłam się w krzaki. Rzeczywiście.
Chwilę potem rozległ się tętent kopyt, a na zboczu pojawił się
koń i jego jeździec, którego ze swojego miejsca nie mogłam
dokładnie zobaczyć.
-
Laoise, spokojnie! To tylko Ron! - odparł Alex nachylając się nade
mną z wyciągniętą dłonią. - Ma dla ciebie środek transportu.
Dzięki
pomocy chłopaka szybko wydostałam się z zarośli od razu wyjmując
z rąk i nóg po parę kolców. Dzięki temu zajęciu nie musiałam
patrzeć żadnemu z nich w oczy na co nie byłam gotowa.
-
Nie chciałbym ci przerywać, ale obawiam się, że musisz się
spieszyć. - przerwał mi nagle Ron podtykając cugle pod nos. - Nie
masz zbyt dużej przewagi.
-
Przewagi nad kim? - spytałam tępo.
-
Posłuchaj! Straż czy jak by ich tam nie nazwać już na ciebie
poluje. Z moich wiadomości wynika, że są dwie, maksymalnie trzy
wioski stąd. Szukają osoby, która weszła na Szlak. To musisz być
ty.
-
Skąd masz takie informacje? Kto w ogóle mnie ściga? Za co? -
pytałam nie mogąc pojąć jak szybko wali się świat.
-
Miałem dzisiaj wyjechać do pracy na pole, cztery wioski stąd.
Senior u którego miałem pracować wysłał przepraszającego posła
z zaliczką na przyszły rok. Pisał, że nie ma opcji bym się do
niego przedostał z powodu poszukującej jakiegoś przestępcy,
dziwnej straży. Nie wiem kto to. Ale Laoise, nie udawaj głupiej!
Dobrze wiesz, że wstęp na Szlak jest zabroniony! - stracił nad
sobą panowanie Alex. - Nie wiem co tam robiłaś, ale mam nadzieję,
że się opłacało!
Wypowiedź
zakończył z tak wielką złością, że aż przebiegły mnie
dreszcze. Było mi głupio. Byłam zła, załamana, przestraszona...
Nie mogłam oddychać z przerażenia. '
-
Ja... ja przypadkiem... Nie chciałam... Nie wiedziałam, że to się
tak skończy... - jąkałam się pragnąc wytłumaczenia.
-
Akurat to nie jest teraz ważne. Ważne jest to, że musisz uciekać
i to jak najszybciej. Masz tu najlepszego konia jakiego udało mi się
znaleźć, trochę srebrników, wody i jedzenia. Ucieknij jak
najdalej. Zbocz z głównej trasy. Zacznij nowe życie i bądź
ostrożna. - ostudził napięcie Ron. - Znajdziemy cię kiedy będzie
bezpiecznie.
-
A... kto zajmie się Rogerem? - wyszeptałam – Kto da ojcu jedzenie
i alkohol? Kto będzie odwiedzał straganiarzy i kupców zapewniając
im najlepsze przysmaki? Kto będzie dbał o Starą Sue, a kto o
Dzieci Lisy?
-
Jesteś niezastąpiona Lao... ale jakoś będziemy musieli dać sobie
radę. Tylko błagam uciekaj już wreszcie! - krzyknął zrozpaczony
Alex, a na jego policzkach, po raz pierwszy publicznie, pojawiły się
łzy. - I wróć. Wróć, ale dopiero wtedy gdy będzie bezpiecznie.
-
M... musicie przekazać wiadomość Rogerowi... - powiedziałam słabo
zbyt przerażona by płakać. - Musicie utrzymać go przy życiu!
Spojrzeli
na mnie zdumieni, a twarze obojgu zalewały łzy. Chudzi, w
poszarpanych, brudnych ubraniach, z zaczerwienionymi od płaczu i
biegu policzkami wyglądali jak biedni, niewinni chłopcy. W innej
sytuacji natychmiast roześmiałabym się głośno klepiąc ich po
policzkach i obejmując za szyję... Zapewniłabym, że wszystko
będzie dobrze i że kiedy wrócę od razu opowiem wszystkim o tym
jak żałośnie wyglądali kiedy odchodziłam. Tym razem jednak
wiedziałam, że to nie są żarty. Że czeka mnie coś gorszego niż
sesja z batem ojca. Że są to najpoważniejsze z licznych kłopotów
w jakie wpadałam. Najgorsze jednak było tykanie mojego wewnętrznego
zegara, tykanie które brzmiało jak tętent kopyt i odliczało czas,
który pozostał aż dopadną mnie te kopyta.
-
Wyprawcie mi ładny pogrzeb. - rzuciłam na odchodne wciskając
Alexowi w dłoń zapisany węglem na papierze od mięsa wiersz. - A
Rogerowi dajcie to.
Wskakując
na konia obiecałam sobie, że nie obejrzę się za siebie ani razu.
Zrobiłam to jednak. Patrzyłam na Rona i Alexa tak długo, aż koń
wspiął się na kolejne wzgórze i straciłam ich z oczu. Dopiero
wtedy pozwoliłam sobie na łzy i przyśpieszenie do kłusa.
Wjeżdżając
do lasu czułam się tak, jakbym wjeżdżała w magiczne wrota.
Jakbym jednym krokiem oddzielała całe swoje dotychczasowe życie,
grubą, nieprzystępną linią. I choć bardzo tego nie chciałam,
podskórnie czułam, że minie duuużo czasu zanim wrócę. A kiedy
to się stanie to miejsce nie będzie już takie samo.
*****
Ruszenie
galopem spowodowało, że koń szybko się zmęczył i musiałam
przejść do kłusa, który był nie wiele szybszy od chodu co bardzo
mnie irytowało. Wciąż miałam wrażenie, że Straż jest tuż za
mną dosłownie wjeżdżając mi w zad. Pospieszanie konia nie miało
jednak żadnego sensu więc żeby trochę się odstresować zajęłam
się wymyślaniem imienia dla niego.
Dopiero
po dłuższym czasie zauważyłam wyszyte na czapraku „Aster” .
Roześmiałam się głośno z własnej głupoty, ale śmiech szybko
przerodził się w histerie niosącą się po cichym dotąd lesie.
Nagle doszło do mnie jak samotna będę przez najbliższe tygodnie,
a może nawet dłużej. Dopóki nie dojadę do Północnego Krańca
Gregoriany i nie znajdę bezpiecznego miejsca moim jedynym
towarzyszem będzie siwy koń- Aster.
Zrozpaczona
opadłam z powrotem w siodło i pustym wzrokiem patrzyłam przed
siebie. Tam był już tylko las...
Nagle
przypomniał mi się powód dla którego działo się to wszystko.
Przeklęty Szlak i ciekawość... Jak mogłam być tak głupia?
Szlak
był miejscem zakazanym od zawsze i nikt nie wiedział dlaczego. Co
dziwniejsze nie było na ten temat ani jednej plotki co w wiosce
takiej jak moja było czymś praktycznie niespotykanym. Gdyby komuś
objawił się Bóg na pewno plotkowano by nawet o jego ubraniu.
A
o Szlaku nikt nie mówił ani słowa. Większość nawet nie
wiedziała gdzie się znajduję, a i ja trafiłam na niego zupełnie
przypadkiem...
Kilka
dni wcześniej tropiłam właśnie w lesie stadko jeleni z młodymi w
nadziei, że za otrzymane pieniądze kupię bratu lekarstwa, które
choć na chwilę powstrzymają najgorsze- krwotoki z ust podczas
kaszlu. Chodziłam już za nimi kilka godzin i miałam nadzieję, że
w końcu uda mi się je ustrzelić. Nareszcie stadko zatrzymało się
na łące i spokojnie zaczęło się paść nie zdając sobie sprawy
z mojej obecności.
Szybko
upatrzyłam najsłabsze ogniwo i naciągnęłam cięciwę gotowa do
strzału gdy nagle dziwnym zrządzeniem losu spojrzałam trochę
dalej. Tam, gdzie nagle kończyła się leśna polana, rozciągał
się wysoki na parę metrów mur. Częściowo przysłonięty był
drzewami, ale ziemia w odległości metra była zupełnie pusta bez
choćby najmniejszego źdźbła trawy lub kwiatka. Zupełnie nic.
Jeszcze dziwniejsze było to, że najbliższe mu drzewa były jakby
umarłe i wyschnięte, a na ich gałęziach nie było gniazd, ani
zwierząt.
Zafascynowana
dziwnym zjawiskiem nieopatrznie wypuściłam strzałę czyniąc tym
samym dwie rzeczy: po pierwsze płosząc stadko, po drugie wysyłając
pocisk do ogrodzonego dziwnym murem terenu.
Nie
to żebym miała ich nadmiar, ale zwykła strzała nie była zbyt
cenna i bez trudu mogłabym zrobić nową. Wtedy jednak wmówiłam
sobie, że jest na odwrót i nie zastanawiając się ni chwili
wdrapałam się na drzewo by wydostać swoją strzałę. Choć było
wysoko, skacząc nie zrobiłam sobie krzywdy. Upadłam miękko na
tyłek i przez kilka chwil siedziałam w osłupieniu. Widok
kompletnie mnie rozczarował.
Szlak-
miejsce o którego możliwej niesamowitości śniłam po nocach,
okazał się zwykłą, ogrodzoną murem łąką. Nie było w niej,
jak mi się wydawało, zupełnie NIC niezwykłego czy ciekawego.
Zabrałam
strzałę i wspiąwszy się po kamiennej zaporze wydostałam się na
zewnątrz. Rozczarowanie i smutek towarzyszyło mi przez parę dni...
Uczucia te były tak silne, że przestałam się nawet zastanawiać,
po co ktoś ogradzałby kawałek zwykłej polany.
Westchnęłam
ciężko uświadamiając sobie jak głupio i nierozmyślnie
postąpiłam. Ta przeklęta strzała mogłaby tam zostać i zupełnie
nic by się nie stało.
Gdy
o tym rozmyślałam nagle poczułam ciążenie w kieszeni, a moja
dłoń sama powędrowała w tamtą stronę. Nagle jednak Aster
zatrzymał się niepewny w jaki sposób ominąć ma stojącą przed
nami przeszkodę, której nie zauważyłam przez zamyślenie.
*****
Słońce
powoli chyliło się ku zachodowi, a Aster szedł co raz wolniej. W
końcu pozwoliłam mu wjechać trochę bardziej w las i przez parę
minut kłusowaliśmy szukając dogodnej polanki. Kiedy ją
znaleźliśmy szybko zeskoczyłam z ogiera i złapałam go za wodzę
prowadząc do płynącego tuż obok małej polanki strumyka. Koń
zaczął pić tak łapczywie, że nagle zaczęło mi się chcieć
śmiać.
Usiadłam
więc pod drzewem wyjęłam szkicownik i śmiejąc się zaczęłam
rysować. Dopiero po chwili śmiech płynnie przerodził się w
pozytywny, tym razem, śpiew.
Słońca
było jednak co raz mniej i w końcu musiałam wstać żeby nazbierać
drewna. Z moich myśli już wiele godzin wcześniej wyleciał dziwny
ciężar w kieszeni więc kolację zjadłam spokojnie przyglądając
się swemu odbiciu w blaszanym garnku.
Uśmiechnęłam
się widząc swoją własną, lekko zniekształconą twarz. Czarne
oczy, malinowe usta i niezwykle białe włosy. Nie jasne lecz białe,
mocno kontrastujące z czarnymi rzęsami i źrenicami.
-
Będzie dobrze... - szepnęłam sama do siebie i oparłam głowę o
pień drzewa.
Tym
razem moje myśli powędrowały o wiele dalej. Aż do wczesnego
dzieciństwa z czasów gdy żyła jeszcze moja mama, a tata kochał
mnie i ubóstwiał spędzać ze mną czas. Przypomniało mi się jak
zabierał mnie na polowania mówiąc, że kiedyś będziemy robić to
razem. Śmiał się przyjaźnie i przytulał mnie kiedy jako mały
brzdąc chciałam ratować postrzelone przez niego zwierzątka i
gonił mnie przepraszając na kolanach kiedy odchodziłam obrażona
za to co zrobił. Pamiętałam też jak mama uczyła mnie czytać i
jej zdumienie kiedy nauczyłam się tego w wieku czterech lat i od
razu zaczęłam przemycać książki pod poduszkę by czytać w nocy,
przy świecy.
Potem
przypomnieli mi się Ron i Alex, którzy choć byli braćmi
kompletnie się od siebie różnili. Alex miał czarne, rozwichrzone
włosy, był wysportowany i wysoki, a Ron był rudy i niski łączyły
ich tylko czarne jak u wszystkich mieszkańców Gregoriany oczy i
jasna cera. Z charakteru także nie łączyło ich zbyt wiele.
Starszy brat uwielbiał czytać i poznawać świat, był odważny,
miły, inteligentny i zabawny. Młodszy zaś znał się na numerach i
często praktykował lenistwo. Lubił też dobrze zjeść i zabawiać
się w karczmie.
W
pewnym momencie przypomniała mi się zazdrość Rona kiedy ja i Alex
przesiadywaliśmy na łące i opowiadaliśmy sobie o książkach, a
on, który nie umiał jeszcze czytać nie miał co robić.
Roześmiałam się głośno na wspomnienie dnia gdy starszy brat Rona
zabrał mnie na targ i razem spędziliśmy cały dzień na którego
zakończenie kupił mi książkę... śmiech nagle przerodził się w
płacz... Zrozumiał, że straciłam to wszystko i już nigdy nie
odzyskam...
Opuszki moich palców dotknęły przedmiotu znajdującego się w
kieszeni choć nie pamiętałam żebym wkładała do niej rękę.
Jedyne co zdążyłam zauważyć to zmiana odbicia w blaszanym
naczyniu.
*piosenka "Czarny chleb i czarna kawa" zespołu Strachy na lachy :)
*piosenka "Czarny chleb i czarna kawa" zespołu Strachy na lachy :)
______
Muszę przyznać, że rozdział wyszedł mi dość długi, ale mam nadzieję, że to nie zniechęci ;)
~Sowa
Ok, więc jak na poważnie, to na poważnie (właśnie to "rz", to jeden ortograficzny, który znalazłam ;))
OdpowiedzUsuńCzyta się nawet z zaciekawieniem, szczególnie od momentu ucieczki (jak przeczytałam o Ronie, to już się bałam, że fanfiction hp i że w takim razie nie będziesz mogła tego kiedyś wydać ^^), ale jest kilka haczyków: dużo błędów interpunkcyjnych, wyrazy typu "duuużo" <--- staraj się nie podkreślać niczego powielając litery, trochę językowych ("zaczęło mi się chcieć śmiać" - po prostu "zachciało") i jeden w treści, kiedy na początku Laoise mówi, że nie pamięta matki, a pod koniec wspomina naukę czytania z mamą. I jeszcze ta *, którą dodałaś po słowach piosenki; nie wyjaśniłaś pod notką, skąd ona się tam wzięła (np. że to Ty jesteś autorką tych słów, albo ktoś inny).
Ogólnie rozdział mi się podobał, wcale nie aż tak długi, jeśli ma się na myśli prawdziwy rozdział, nie notkę. Poza tym zawsze podobają mi się takie urywane nagle wątki w zakończeniach :)
Bardzo dziękuję za szczerą opinię i zwrócenie uwagi na błędy :) Mam nadzieję, że wszystkie już poprawiłam i z czasem będzie ich co raz mniej :) No i mam nadzieję, że wytrwasz do następnej notki :)
OdpowiedzUsuń