Pomieszczenie w
którym się znajdowałam było małe i puste, miało białe ściany
i podłogę, a na suficie zawieszona była jakaś dziwna świecąca
kula otoczona papierową otoczką. Stałam tam przez chwilę z mocno
bijącym sercem nie mając na czym zawiesić wzroku. Nogi i ręce mi
drżały i czułam, że jeśli choć spróbuję się odezwać z moich
ust nie wypłynie ani jedno słowo.
Nie wiem jak długo
stałam tam rozglądając się panicznie jak jedno z tych dzikich
zwierząt, które czasami jacyś kupcy przywozili na targ zamknięte
w malusieńkich klatkach. W końcu jednak usłyszałam śpiew,
ponaglający, dodający odwagi zew dziewięciu-głosowego chóru
śpiewającego po łacinie. Powoli ruszyłam korytarzem, który dla
odmiany oświecony był jedynym znanym mi do tej pory źródłem
światła czyli świecami.
Normalnie czułabym
się bardzo niepewnie idąc wąskim, wysokim korytarzem prowadzącym
z jednej wielkiej niewiadomej do kolejnej, ale muzyka, którą
słyszałam dodawała mi odwagi i sił rozpędzając wszelkie
wątpliwości. Spanikowałam więc dopiero w momencie gdy droga,
którą szłam nagle się urwała. Przede mną był już tylko jeden
niziutki stopień, a zanim ściana. Powoli obmacałam boczne ściany
mając wielką i naiwną nadzieję, że w zasłuchaniu przegapiłam
jakieś drzwi lub zakręt, ale szczerze mówiąc nie byłam zbytnio
zdziwiona gdy okazało się, że nic żadnego przejścia tam po
prostu nie ma. Wzięłam więc głęboki oddech i czując, że zaraz
coś się wydarzy weszłam na stopień. Ledwo zdążyłam dotknąć
ściany znajdującej się naprzeciw mnie platforma wraz ze mną
powędrowała w górę. Chciałam krzyczeć, ale głos uwiązł mi w
gardle gdyż nagle znalazłam się na samym środku ołtarza
Świątyni.
Mrugałam bardzo
szybko oszołomiona i zdumiona tym co się wydarzyło. Moje oczy
potrzebowały chwili by przystosować się do jasnego światła
płynącego zarówno z wysokich zawitrażowanych okien jak i z
wielkich żyrandoli zawieszonych na łukowatym sklepieniu. Gdy w
końcu odzyskałam ostrość widzenia zauważyłam setki wpatrzonych
we mnie kolorowych oczu, ręce zaczęły mi delikatnie drżeć gdy
zorientowałam się, że najwyraźniej to właśnie ja zostałam
wbrew swej woli mianowana gwiazdą wieczoru.
- Oto nasza nowa
uczennica: Laoise Hunterling! - wykrzyknęła pewna kobieta łapiąc
mnie za rękę.
Jej
włosy były czarne jak węgiel, którym paliło się u mnie w domu
zimą i na który musieliśmy oszczędzać cały rok, a oczy nie
miały koloru. Zjawisko to było tak pasjonująco dziwne, że
przez kilka chwil nie mogłam oderwać od niego oczu. Źrenice miała
czarne jak każdy człowiek, ale jej tęczówki były po prostu
przezroczyste odcinając się od białka tylko niewyraźną czarną
linią. Wtem przypomniałam sobie zasadę, którą posłyszałam jako
dziecko stojąc na targu i wpatrując się w stoisko z owocami z
pożądaniem „nie ładnie jest się gapić” . Zarówno wtedy tak
i teraz szybko odwróciłam wzrok uśmiechając się przepraszająco.
- Laoise jest
Potomkinią Parium, jej Smok wybrał ją dla nas przed trzema dniami
w Gregorianie. Jej rola w naszym świecie będzie wielka, ale zanim
do tego dojdziemy... - zawiesiła na chwilę głos i unosząc wysoko
ręce dokończyła- Przywitajcie ją!
- Witaj, Laoise niech
morze, ziemia, rzeka, las, powietrze, ogień, duch i emocje wspierają
cie w Twojej drodze! - wykrzyknęli wszyscy zebrani łamiąc zasadę
o nie gapieniu się.
- Parium, Terra,
Rivum, Virentia, Aer, Ignis, Animus i Motus mają cię w swojej
opiece! - powiedziała kobieta i nachyliła się nade mną składając
na moim lewym poliku odcisk ust.
Jej gest był mi
jednak zupełnie obojętny ponieważ w tej samej chwili zdałam sobie
sprawę, że za każdym razem gdy wypowiadała imię Boga lub Bogini
jej oczy rozbłyskiwały odpowiadającym mu kolorem.
- Będzie dobrze
córko... musisz nam tylko zaufać. - usłyszałam gdzieś w
głębi siebie i jakimś cudem od razu wiedziałam, że to Parium do
mnie przemawia.
Przyjemny powiew
ciepła otulił moją skórę, a Motus wraz z Aerem rozwiali strach.
Moje nozdrza wypełnił zapach mokrej ziemi i świeżo skoszonej
trawy, na policzkach poczułam wodę, ale wiedziałam, że to nie
łzy. Na ułamek sekundy poczułam coś na kształt muśnięcia duszy
i wiedziałam już, że wszystkie osiem bogów naprawdę ma mnie w
swojej opiece.
- Normalnie
przeszlibyśmy teraz do Stigmy, ale obawiam się, że w tej sytuacji
trzeba zacząć od czegoś innego.
Zdumione spojrzenia
wszystkich zgromadzonych ponownie spoczęły na mnie lecz tym razem
czując w sobie moc wszystkich bogów nie opuściłam głowy. Dobrze
wiedziałam, że zaraz stanie się coś dziwnego, ale nie miałam
pojęcia co to będzie oznaczać dla mnie- zwykłej dziewczyny z
Gregoriany.
- Laoise jednak nie
jest zwyczajnym przypadkiem. Laoise jest bowiem Ostatnią Potomkinią!
Gdyby nie obecność
bogów pewnie pod wpływem nawet samych spojrzeń z przerażenia
padłabym na ziemię. Jednak nawet mimo ich błogosławieństwa
czułam, że przewiercają mnie jak wiertarki (hahaha kolejne nowe
słowo), uporczywe i niespecjalnie przyjazne spojrzenia.
- Od wielu lat
staramy się uwolnić Gregorianę od totalitarnych rządów króla
Gregorego, ale nie mogliśmy nic zrobić dopóki Ostatni nie
przekroczył bram Saltusu... - kontynuowała Vicistia nie zwracając
uwagi na zdumione szepty i inne reakcje wywoływane przez jej słowa.
- Ale teraz mamy tu Laoise, a nasza misja wreszcie ma szanse na
powodzenie.
- Skąd to wiadomo?!
- krzyknął jakiś chłopak z głębi świątyni. - Skąd wiadomo,
że to właśnie ona? Że nie będzie następnych?
- Zapewniam
Cię o tym ja- Parium, Lorcanie. A kiedy ja mówię nie możesz mieć
wątpliwości.
To co stało się w
tym momencie powodowało u mnie drgawki nawet wiele tygodni po samym
wydarzeniu. Nagle. Tak po prostu. Znikąd pojawiła się... syrena.
Lewitowała w powietrzu, które tuż przy jej skórze zmieniało się
w wodę morską, która jednak nie moczyła nikogo oprócz samej
Parium. Jej włosy były czarne jak węgiel, a
oczy jeszcze bardziej turkusowe niż u kogokolwiek z Potomków. Była
idealna. Perfekcyjna. Krągłe piersi, płaski brzuch i talia jak u
osy gładko przechodziły w pokryty różowo-złotymi łuskami ogon.
Kobieta posiadała również wielkie rubinowe usta, z których
wydobywał się najśpiewniejszy, przepiękny głos w którym zawarta
była nuta rozdrażnienia.
- Laoise jest
Ostatnią Potomkinią i cieszę się, że na razie mogę ją uznać
jako swoją. Musicie jednak wiedzieć, że nie będzie tak zawsze, a
córka moja odegra większą rolę niż myślicie. - powiedziała
okręcając się wokół własnej osi i wodząc po wszystkich
władczym spojrzeniem.
Na końcu zatrzymała
się i patrząc wprost na mnie znikła. W ostatniej chwili jej
obecności zdążyłam dostrzec tkwiący w jej pępku... kolec?
Zadziwiona upadłam na kolana i przez chwilę po prostu tak trwałam.
Wokół mnie ludzie
powoli zaczęli ponownie odzyskiwać zdolność do mówienia,
oddychania i paru innych rzeczy. W świątyni zaczął wzbierać
gwar. Szepty zdziwienia, jęki podziwu, fala fascynacji. Tylko jedna
jedyna ja nie miałam pojęcia co myśleć ani robić. Wraz ze
zniknięciem materialnej Parium z mojego serca odeszła reszta bogów
i bogiń przez co nagle poczułam się pusta.
- Myślę, że
naznaczenie nie jest już potrzebne.- zawyrokowała w końcu Vicistia
najwyraźniej w równym stopniu zdumiona co inni. - Ruszamy na
kolację! - dodała szybciutko odzyskując rezon.
Jako pierwsi
odzyskali zdolność logicznego myślenia i wykonywania poleceń
Potomkowie Motusa jak zawsze wspierani przez swojego Ojca. Prowadzeni
przez swoich opiekunów skierowali się do drzwi, a za nimi, może
lekko automatycznie, reszta szkoły.
- Dołącz do nich,
Laoise. Pogadamy po kolacji. -zachęciła mnie Vicistia widząc jak
przyglądam się odchodzącym uczniom.
Skinęłam jej
elegancko głową nie mając pojęcia jakie zasady obowiązują
Potomków podczas kontaktów z Najwyższą Kapłanką i szybko, jakby
bojąc się, że zmieni zdanie, poszłam za innymi.
Od razu
zorientowałam się, że zaraz po wyjściu ze Świątyni uczniowie
mieszają się ze sobą nie zwracając większej uwagi na kolor oczu.
Niestety przez to poczułam się jeszcze bardziej osamotniona nie
mając do kogo się przyłączyć. Sunęłam więc samotnie na końcu
co dawało mi przynajmniej tyle, że wiedziałam iż się nie zgubię
w drodze do stołówki. Droga była krótka, ale przed samymi
drzwiami zrobiła się spora kolejka. Stałam więc sama w tłumie
rozgadanej młodzieży starając się ignorować posyłane co chwila,
ukradkowe, ciekawskie spojrzenia. Coś dziwnego ścisnęło mnie w
sercu gdy przypomniałam sobie o Rogerze pozostawionym na pastwę
losu. Głodnym. Cierpiącym.
I wtedy
weszłam do stołówki. Zapachy uderzyły we mnie gdy tylko znalazłam
się wystarczająco blisko drzwi. Potomkowie przede mną stawali na
palcach, śmiali się i przepychali próbując dostrzec co mają do
wyboru. Inni nie zwracali uwagi na jedzenie tylko gnali prosto do
stolików najwyraźniej powierzając misję zdobycia jedzenia komuś
innemu samemu chcąc tylko zająć stolik. Cała sala trzęsła się
od śmiechu, rozmów. Wokoło pełno było jedzenia, a powietrze w
prost gęstniało od jego zapachu...
A ja tylko stałam.
Moje płuca unosiły się i opadały w regularnym oddechu, a wraz z
powietrzem do mojego ciała wpłynęły wszystkie zapachy znajdujące
się w pomieszczeniu. Nie potrafiłam zinterpretować 90% z nich, ale
w niczym mi to nie przeszkadzało. Nie mam pojęcia ile bym tam stała
gdyby nie to, że nagle ktoś, ze sporym impetem walnął mnie
łokciem w plecy. Zdezorientowana poleciałam do przodu o mały włos
nie trafiając w stojącego przede mną blondyna i nie powodując
efektu domina.
- Sorry nowa. -
jęknął ktoś zza moich pleców i jedynie po tonie wypowiedzi
zorientowałam się co miał mi do przekazania.
- Nic się nie stało.
Zagapiłam się, to moja wina. - odpowiedziałam odwracając się z
uśmiechem, ale chłopak już się zmył.
Uczucie samotności
znów zawładnęło moim umysłem, ale pobudzone zapachami ciało nie
pozwalało na bezczynny smutek. Nogi same pociągnęły mnie na
koniec kolejki w której stała już tylko malutka część uczniów
co zwróciło moją uwagę na ilość czasu jaką spędziłam stojąc
pośrodku sali jak słup i po prostu zachwycając się tym co mnie
otacza.
Nie dano mi jednak
czasu na rozmyślania ponieważ kolejka przesuwała się o wiele
szybciej niż myślałam i nim się zorientowałam nadeszła moja
kolej. Przerażona nie miałam pojęcia co wybrać. Prawie wszystkie
nazwy brzmiały obco i nic mi nie mówiły, ale ja mimo to nie miałam
ochotę na nic z tego co już znałam.
- Chciałabym coś
bez mięsa... - zasugerowałam, a kobieta za ladą spojrzała na mnie
troskliwie najwyraźniej rozpoznając miejsce mojego pochodzenia.
- Mamy tu sporo
wegetariańskich dań... - powiedziała najwyraźniej nie zdając
sobie sprawy z tego, że nie wiem co to znaczy. - Na początek
polecam omleta i mleko czekoladowe... potem żołądek ci się
przyzwyczai i będziesz mogła spróbować czegoś ciekawszego.
Pokiwałam z
wdzięcznością głową patrząc jak kobieta nakłada mi na talerz
jakiś pięknie pachnący, okrągły placek, posypany białym
proszkiem wyglądającym jak mąka i wysoki kartonik z czymś
cienkim.
Chciałam
podziękować, ale kobieta zajmowała się już następnym Potomkiem
i nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Westchnęłam więc tylko
i zaczęłam się rozglądać za miejscem w którym mogłabym
spokojnie spożyć swój posiłek.
Wyglądało jednak
na to, że w całej sali nie ma ani jednego wolnego stolika, a ludzie
którzy siedzieli pojedynczo nie wyglądali na takich co szukają
towarzystwa. Zrezygnowana chciałam więc po prostu wyrzucić tacę i
udać się do pokoju Vicistii, ale podniecony zapachami żołądek
pchał moje ciało na przód.
Nie mogąc opanować
instynktu po prostu ruszyłam na przód między stolikami nie żywiąc
większej nadziei na powodzenie tej misji. Ku mojemu zdziwieniu w
momencie gdy byłam w samym środku pomieszczenia moim oczom ukazał
się ukryty na samym końcu pojedynczy stolik przy którym nie było
zupełnie nikogo. Podekscytowana ledwo powstrzymywałam nogi przed
biegiem gdy ktoś nagle złapał mnie mocno za rękę pociągając w
dół na wysokość siedzącego na krześle człowieka.
- Co jest? -
warknęłam próbując wyrwać rękę z uścisku i czując, że
dłużej nie powstrzymam już cieknącej śliny.
- Nie radziłbym. To
stolik dla Freak'a.
- Kogo? - zapytałam
wyrywając rękę z uścisku i ustawiając się przodem do mówiącego.
- Największego
Frajera w Szkole. - wytłumaczył, a ja wreszcie mogłam się mu
przyjrzeć.
Chłopak
był na oko ze dwa lata ode mnie starszy, miał blond włosy i
jaskrawo różowe oczy, które mocno kontrastowały z jego opaloną,
umięśnioną sylwetką. Siedział w otoczeniu kolegów,
wyglądających tak samo dobrze jak on i co rzadko spotykane również
różowookich. Idąc przez sale zdążyłam się zorientować, że
przy każdym stoliku siedzą ludzie o przynajmniej dwóch różnych
kolorach oczu i dlatego fakt ten tak bardzo mnie zdziwił. Jeszcze
bardziej jednak zdezorientowała mnie pewność w głosie chłopaka i
jego wyraźna wyższość nad kolegami.
- Lorcan
Filentio. -
przedstawił się równocześnie wyrywając mnie z zamyślenia.
-
Laoise Hunterling. - odpowiedziałam, a jego koledzy wybuchnęli
śmiechem.
-
Nie śmiejcie się z ostatniej tylko przestawcie jak kulturalni
ludzie i donieście krzesło. - nakazał Lorcan, a jego koledzy
natychmiast spełnili polecenie.
Dzięki
temu w ciągu 20 sekund nie dość, że wreszcie mogłam usiąść to
jeszcze poznałam sześciu bardzo przystojnych chłopaków, których
wysoką pozycje w szkole widać było na pierwszy rzut oka.
Wreszcie
znajdując chwilę spokoju i akceptacji zaczęłam jeść... Placek
okazał się mięciutki i słodki, a mleko miało dziwny,
uzależniający, również słodki, ale w inny sposób smak.
Kosztując te dwie rzeczy i wsłuchując się w głosy Lorcana i jego
kolegów nagle poczułam się jak w siódmym niebie, a niedola brata
i reszty pozostawionych w Gregorianie nagle wydała mi się zbyt
odległa by zawracać sobie nią głowę.
-
To co Ostatnia? Wpadasz do nas dzisiaj na imprezę? - spytał
zalotnie Edward, najwyższy z kumpli Lorcana.
-
Daj spokój! Nowa pewnie nawet nie wie jeszcze gdzie jej pokój. -
roześmiał się James puszczając do mnie oko.
-
Jak coś może spać u mnie. - odpyskował mu Ed, albo mając
nadzieję, że nie zrozumiem, albo po prostu nie mając zahamowań.
-
Edward... - zaczął groźnie Lorcan lecz jego przyjaciel tylko
wywrócił oczami.
-
Nie przejmuj się nimi, są jak stare dobre małżeństwo. -
roześmiał się Hugo, szybko unikając ciosu Eda.
-
Pary Ci się pomyliły... - wtrącił szyderczo Stark wbijając
nienawistny wzrok w sąsiedni stolik.
Podążając
za jego spojrzeniem szybko odkryłam powód jego zdegustowania, obok
nas, trzymając się za rękę siedzieli dwaj chłopcy na oko w moim
wieku. Uśmiechnęłam się łagodnie widząc jak słodko razem
wyglądają, a Lorcan i reszta jego grupy natychmiast zgromili mnie
spojrzeniem.
-
No co? - spytałam. - W mojej wiosce nie ma takich par...
-
No i dobrze. Nigdzie ich być nie powinno. - warknął ze złością
Bron.
-
Ale...! - zaczęłam się bronić.
Jednak
oni nie zwracali już na mnie najmniejszej uwagi. Zrezygnowana
obniżyłam się trochę na krześle i zaczęłam zastanawiać czy
banda Lorcana na pewno jest odpowiednim towarzystwem dla mnie.
Brązowowłosy Edward bez zahamowań,
fioletowowłosy James z ostrym żartem, Stark ze złotymi pasemkami
nienawidzący par jednej płci, Bon z burzą brązowych włosów i
szyderstwem w oczach no i Hugon o brązowożółtych włosach i
zabijającym spojrzeniu...
Wiedziałam
już, że muszę się jakoś uwolnić. Nie wiedziałam tylko jak.
_________
I koniec rozdziału drugiego :) Nie wiem co jeszcze mogę powiedzieć więc powiem tylko iż mam nadzieję, że ktokolwiek przeczytał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz