niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 2

Rozdział II
Otworzenie oczu kosztowało mnie wiele wysiłku. Czułam się jakbym przespała dwie doby i wprost nie mogłam oddzielić powiek. Jednak gdy w końcu mi się udało natychmiast zamknęłam je z powrotem. To co zobaczyłam z pewnością nie było gołym niebem pod którym powinnam się znajdować.
- Obudziła się! - krzyknął jakiś nieznany, kobiecy głos.
Nie miałam pojęcia gdzie jestem, a nagły odgłos jeszcze mocniej spotęgował strach jaki odczuwałam. Znów odważyłam się na sekundowe otwarcie oczu, tym razem zdążyłam zauważyć tylko tyle, że ściany były z jakiegoś nieznanego mi, jasno zielonego materiału, a łoże na którym leżałam mięciutkie i śnieżyście białe.
- Gdzie ja jestem? - spytałam w końcu zdobywając się na odwagę.
- W Saltusie, skarbie. - odpowiedział mi ten sam głos co wcześniej.
- To znaczy?
- Dyrektor wszystko ci wyjaśni, ale jeszcze nie teraz. Na razie musimy cię zbadać. Leżysz tu już trzy dni.
- CO?! - krzyknęłam czując, że nie jestem w stanie sformułować tych wszystkich pytań cisnących mi się na usta. '
- Spokojnie. Jak się czujesz? - spytał jakiś inny głos, a zaraz po nim rozległ się odgłos zamykanych drzwi.
- Zdezorientowana. Możecie mi przynajmniej powiedzieć KIM jesteście?
- Zaciskasz oczy z bólu?
- NIE! Po prostu boję się tego co zobaczę.
- Spokojnie... Jesteś tu bezpieczna. Musisz mi jednak powiedzieć jak się czujesz. Boli cię coś?
- Ja... ym... AUUUU! - krzyknęłam nagle otwierając oczy i próbując podnieść lewą rękę.
- No tak. To akurat normalne. - powiedziała pulchna blondynka stojąca obok mojego łóżka. - Siostro, Dylastrium!
Ból był tak silny, że teraz rzeczywiście zaczęłam zaciskać oczy mimo iż akurat naszła mnie ochota by wszystko dokładnie obejrzeć. Nie udało mi się to jednak dopóki jasno zielony płyn nie spłynął do mojego przełyku i dalej.
Czułam jak miętowa ciecz uspokaja ból pozwalając mi rozluźnić mięśnie i otworzyć oczy by wreszcie w pełni świadomie spojrzeć na nowy świat.
Tuż przede mną znajdowała się uśmiechnięta twarz na oko trzydziestoletniej, pulchnej blondynki o przyjaznych, granatowych oczach.
- Margaret. - przedstawiła się widząc moje spojrzenie.
Nie odpowiedziałam jej tylko rozglądałam się dalej. Za pulchną blondynką stała szklana szafka pełna różnych słoiczków i buteleczek, a jej powierzchnia zajmowała całą, jedną ścianę. Odwróciłam wzrok od kobiety i popatrzyłam na ścianę po mojej lewej stronie gdzie znajdował się regał na książki i dwie szafki chyba na dokumenty stojące obok rozkładanej sofy w kolorze jasnego błękitu. Tuż obok mojego łóżka po lewej stronie miałam stolik nocy z lampką tej samej barwy, a po prawej biurko i dopasowane kolorystycznie krzesło na którym siedział i uśmiechał się jakiś na oko 40 letni mężczyzna. Nie zwróciłam jednak na niego uwagi oczarowana i przerażona mnogością barw oraz materiałów, zupełnie mi nieznanych. To co mieli na sobie Ci ludzie było dla mnie rzeczą nie z tej ziemi. Ich stroje po prostu nie istniały w Gregorianie, a ja nagle poczułam się opóźniona o parę wieków. Mój umysł i oczy wariowały od namiaru wrażeń, aż w końcu nie mogąc tego wytrzymać zacisnęłam powieki.
- Laoise. - odpowiedziałam w końcu, wciąż nie otwierając oczu.
Margaret roześmiała się uprzejmie w ten sposób komentując moją zwłokę. Uśmiechnęłam się delikatnie onieśmielona i zdenerwowana. Moje ręce drżały nerwowo, a ja sama wciąż strzelałam oczami na boki nie wiedząc co powiedzieć. W głowie huczało mi tak wiele pytań, że gdybym otworzyła usta natychmiast wypadłyby wszystkie naraz.
- No dobra, Laoise. Ja mam na imię Ryann i jestem najwyższym kapłanem Terry. - powiedział mężczyzna wstając z krzesła i siadając na brzegu mojego łóżka. - To czyim dzieckiem jesteś zależy od tego jaki kolor oczu masz. Obawiam się jednak, że żeby się tego dowiedzieć, musisz zdjąć czar rzucony przez twoją matkę.
- Zaraz, zaraz, co? - odparłam zbyt zdezorientowana by dodać coś jeszcze.
- Ryann, powoli. - upomniała go Margaret. - Ona jeszcze NIC nie wie. Jest z Gregoriany.
- Upsss.. Okey, zacznijmy od nowa. - przerwał na chwilę i uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. - Gregoriańczycy są najtrudniejsi ;)
Uśmiechnęłam się słabo nie do końca wiedząc o co chodzi. „Przecież nie ma nikogo poza Gregoriańczykami” pomyślałam.
- No więc... Kiedy w Gregorianie rodzi się dziecko jego oczy zawsze są czarne, no dobra prawie zawsze. I właśnie w momencie kiedy tak nie jest wiemy, że narodził się Nowy.
- Ale ja przecież mam czarne oczy. - powiedziałam pierwszą myśl jaka przyszła mi do głowy.
- Najwyraźniej nie. Zaraz ci to wyjaśnię, ale wydaje mi się, że ktoś musiał rzucić na ciebie czar.
- Ale... - zaczęłam.
- Laoise. Uzbrój się w cierpliwość to wszystko ci wyjaśnię. - uśmiechnął się pokrzepiająco, a Margaret złapała mnie za rękę i nie pozwalając odzywać się więcej. - Jak już mówiłem raz na jakiś czas rodzi się dziecko o innym kolorze oczu co jest wielkim wydarzeniem. Rodzice chodzą z potomkiem do lekarzy i szamanów nie mając pojęcia co się dzieje. Niektórzy uznają takie dziecko za przeklęte i odprawiają nad nim egzorcyzmy. Kolor jednak nie znika, a wraz z dorastaniem dziecka ukazują się jego moce co jeszcze bardziej przeraża rodziców i sąsiadów. W końcu dochodzi do wygnania z miasta lub wioski. Pozostawiony sam sobie Potomek błąka się, a gdy w końcu gdy dotknie przeznaczenia... znika... - mężczyzna przerwał na chwilę, a gdy znów zaczął jego twarz zdawała się lśnić wewnętrznym światłem. - Jest dziewięć kolorów oczu, które wskazują na posiadanie mocy: Czerwony, Różowy, Zielony, Brązowy, Fioletowy, Różowy, Turkusowy, Piwny/Złoty, Błękitny/Szary. Każdy z nich pokazuje czyim dzieckiem jest Potomek.
- Zielonoocy należą do Virentii. - wtrąciła się Margaret. - Złoto i piwnoocy do Motusa, Brązowoocy tak jak Ryann do Terry, Fioletowi szczycą się łaską Animusa, osoby o oczach w kolorze turkusu posiadają łaskę Parium, Rivum naznaczyła swoje dzieci kolorem szarym i błękitnym, Aer obdażył swoich Potomków oczami takimi jak moje czyli kobaltowymi, a Ignis wybrała dla swoich czerwień.
- A róż? - spytałam.
- Róż nie ma znanego nam boga i nie wiemy do którego należy. Osoby o takich oczach nazywamy nieokreślonymi.
- No dobrze, ale wspomniał pan coś o jakiś mocach, a jak na razie wymienił tylko kolory.
- Oczywiście. Każdy Bóg i każda Bogini ma swoją wielką moc, której częścią obdarował lub obdarowała swoich Potomków i Potomkinie. Dzieci Virentii obdarzone są zdolnościami ogrodniczymi, potrafią znaleźć i rozpoznać prawie każdą roślinę, mogą się też oczywiście kontaktować ze swoją boginią jak każdy Potomek.
- Oh... Cudownie by było mieć zielone oczy... - wtrąciłam z rozmażeniem.
- Ale to nie wszystko. Potomkowie Motusa czyli Boga Emocji potrafią je bardzo dobrze kontrolować zarówno u siebie jak i u innych, mają też zdolności przywódcze i są dobrymi mówcami. Synowie i córki Terry potrafią się bardzo szybko wyciszyć i uspokoić oraz mają rękę do zwierząt, a ich Bogini bardzo często im podpowiada, im na 100% można zaufać. Fioletowe oczy są nie tylko oznaką przynależności do Animusa, oznaczają też, że osoba ma bardzo otwarty umysł oraz odbiera wizję, niektórzy fioletowoocy mogą rozmawiać z duchami...
- To straszne! - przerwałam mu znów.
- Ale bywa przydatne. Uczniowie Parium posiadają ograniczoną władzę nad żywiołem wody słonej, są doskonałymi pływakami i śpiewakami, potrafią zanurzyć się na bardzo długo i doskonale radzą sobie ze sportami wodnymi. Dzieci Rivum czyli najpiękniejszej z bogiń panują nad wodami słodkimi i dobrze je wyczuwają i odnajdują. Również bardzo dobrze pływają, ale zanurzają się na krócej.
- Niewielka różnica. - zauważyłam cicho.
- Owszem, ale znacząca. Wody słonej nie da się pić, ale kiedy zgubimy się na oceanie tylko Turkusowi są wstanie pomóc. - wtrąciła Margaret.
- Nie zapominajmy jednak o synach i córkach Aera, który obdarzył swoje dzieci zdolnością latania i niesamowitej szybkości. - uśmiechnął się Ryann.- Jest jeszcze Ignis, bogini ognia, której Potomkowie doskonale radzą sobie z tym żywiołem co bardzo przydaje się w walce.
- A co z Różowymi? - spytałam nie wiedząc jaką mocą może być obdarzony ktoś bez Boga.
- Oni potrafią stawać się niewidzialni i niesłyszalni, są sprytni i bardzo pewni siebie. Wciąż trwa poszukiwanie ich Boga.
Przyjrzałam się uważnie Ryannowi chcąc odnaleźć w jego brązowych oczach choć odrobinę fałszu. Czekałam aż roześmieje się okrutnie i krzyknie „niespodzianka” przecież coś takiego nie mogło dziać się naprawdę!
- Posłuchaj... wiedzieliśmy, że tak od razu nam nie uwierzysz więc mamy dla ciebie małą prezentację.
Uśmiechnął się zawadiacko, a w następnej chwili wskazał dłonią unoszącą się w powietrzu Margaret. Z szczęką na podłodze przypatrywałam się jak lata po całej sali bez żadnych lin czy skrzydeł, a ona uśmiechała się do mnie radośnie. Wtedy Ryann wziął do ręki garść ziemi ze stojącej na parapecie doniczki i szybko ulepił z niej piękną figurkę lalki. Zacisnął oczy i dotknąwszy jej głowy małym palcem lewej dłoni, wyszeptał parę niezrozumiałych dla mnie słów. Lalka wstała szybko a on wyciągnął dłoń przed moją twarz oniemiała ze zdumienia dotknęłam jej palcem, a ona natychmiast rozleciała się w drobny mak.
- Przepraszam! - krzyknęłam przerażona i pewna, że zrobiłam coś złego.
- Spokojnie, Laoise. Do tego właśnie służą, mogą przekazywać wiadomości, dostawać się wszędzie niepostrzeżenie, ale gdy tylko dotknie ich ktoś spoza dzieci Terry rozlatują się na kawałeczki.
- Ojej... - jęknęłam. - to wszystko jest takie niesamowite...
- No! W każdym razie wiemy już, że córką Terry prawie na pewno nie jesteś.
- A co muszę zrobić żeby dowiedzieć się do kogo należę? - spytałam głosem zachrypłym z przejęcia.
- Przeczytać na głos to... - powiedziała kobieta wyjmując z szafki nocnej kartkę oraz lusterko. - Myślę, że chciałabyś jak najszybciej zobaczyć efekt.
- Pelles abierunt: et ponam faciem meam in veritate....
Gdy tylko wypowiedziałam ostatnie słowo szczęka, którą ledwo co zdążyłam pozbierać, znów opadła mi do samej podłogi. Czarna zasłona skrywająca do tej pory prawdziwy kolor moich źrenic odpłynęła jak mgła. Kilka razy zamrugałam ze wzruszenia nie mogąc oswoić się z nowym widokiem... turkus moich oczu był niesamowity.
- Mama wiedziała... - wyszeptałam przez łzy. - Mama wiedziała.
*****
Kiedy w końcu pozbierałam się do kupy i uspokoiłam, Margaret i Ryann kazali mi iść do łazienki znajdującej się w korytarzu, umyć się i przebrać. Uśmiechnęłam się więc do nich przepraszając za swoje zachowanie lecz gdy tylko spojrzałam na swój lewy nadgarstek znów zareagowałam panicznym krzykiem.
- Ah...- jęknęła Margaret podczas gdy Ryann mnie uspokajał. - Kompletnie o tym zapomnieliśmy.
Spojrzałam na nią ze łzami strachu i wstydu w oczach, a ona znów uśmiechnęła się pokrzepiająco jakby wierzyła, że sam wyraz jej twarzy może mnie uspokoić. Niechętnie i bardzo powoli uległam pod naporem jej spojrzenia i uspokoiłam się na tyle by przestać wiercić się i krzyczeć.
- To, moja droga, jest Smocze Znamię. - powiedział Ryann podciągając rękaw bluzy.
- JAKIE znamię? - wykrzyknęłam, zachwiałam się i spadłam z hukiem z łóżka.
A właściwie to bez huku. Wylądowałam bowiem na czymś miękkim, niebieskim i bardzo przyjemnym. Czymś co było kawałkiem nieznanego mi frędzelkowatego materiału za który kobiety z Targu oddały by wszystko co mają. Gdyby nie to, że już leżałam i niżej spaść nie mogłam upadłabym znów ponieważ w głowie zakręciło mi się od nowych rzeczy i nadmiaru wrażeń.
- Robisz to zbyt szybko, Ryann! - zganiła mężczyznę Margaret i podbiegła do mnie z zatroskaną miną. - Jej smok jeszcze się nie wykluł!
*****
Wtedy właśnie straciłam świadomość, a gdy się obudziłam na dworze było już odrobinę ciemniej niż wcześniej. Żeby tym razem zachować trzeźwość umysłu starałam się nie zwracać uwagi na dziwny materiał zawieszony w oknach stworzonych z jeszcze dziwniejszego budulca. Wmawiałam sobie, że nie powinnam zbyt wiele myśleć i żeby powstrzymać odruch rozglądania się i analizowania rzeczywistości skupiłam się na szafce przed mymi oczyma.
- Laoise, jak się czujesz? - spytała troskliwie Margaret. - Wezwaliśmy Erin żeby zajęła się Twoimi emocjami.
Kobieta o czarujących oczach w kolorze płynnego złota uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco ukazując szereg prostych, białych zębów skrytych za pełnymi malinowymi wargami. Jej ciemna cera i włosy kontrastowały z oczyma tworząc piękną całość.
- Witaj, Laoise. Jak już się pewnie domyślasz jestem córką Motusa, który obdarzył mnie darem kontroli emocji co bywa przydatne w sytuacjach takich jak ta.
- Proszę mi tylko zbytnio nie namieszać w mózgu... - błagałam cicho nie mając pojęcia co innego mogłabym zrobić.
-Spokojnie... - powiedziała Erin uśmiechając się do mnie przyjaźnie. - Nie chcę Cię zahipnotyzować ani nic. Chcę tylko pomóc ci opanować strach i zdumienie, abyś mogła łatwiej wszystko zrozumieć.
- Nie zrozumiałam połowy pani słów... - zaczęłam, ale głos uwiązł mi w gardle gdy poczułam jak ogarnia mnie spokój, emocje odpuszczają, pojawia się opanowanie.
Uśmiechnęłam się więc radośnie sama do siebie uważnie obserwując swoje lustrzane odbicie. Czułam jak tracę panowanie nad umysłem i musiałam sprawdzić czy ciało wciąż należy do mnie. Kolejna fala spokoju tym razem mojego własnego, wypełniła moją duszę, umysł oraz ciału dzięki czemu znów mogłam skupić się na słowach Margaret i Ryanna, które choć wciąż zaskakujące i niewiarygodne przestały przyprawiać mnie o zawroty głowy.
- Widzisz, Laoise... tak naprawdę w tym wszystkim chodzi właśnie o to. Nie o kolor oczu i błogosławieństwo oraz moce z nim związane lecz o smoki. Dosłownie każdego kto przebywa w Saltusie wybrał kiedyś jakiś smok. Właściwie to nie jakiś lecz ten Jedyny. Nie człowiek bowiem wybiera Smoka lecz Smok wybiera człowieka. Jaja tych wielkich jaszczurów są bowiem o wiele łatwiej dostępne niż się ludziom wydaje. Tak przynajmniej było, aż do niedawna. Dwa lata temu jednak naznaczenia zaczęły zdarzać się co raz rzadziej, właściwie przestało przybywać uczniów zarówno z Gregoriany jak i spoza niej. Zaczęło nas to martwić i szczerze mówiąc mieliśmy zamiar udać się po radę do Vicistii...
- Kim lub czym jest Vicistia? - spytałam czując się dziwnie otumaniona.
- Vicistia jest wybranką wszystkich bogów. Jest najwyższa pośród ludzi i najniższa pośród bóstw. Posiada dary każdego Potomka. Jako Najważniejsza Kapłanka wiary Stigma Libertas przewodniczy jej radzie i to do niej należy zwracać się z każdymi wątpliwościami. - odpowiedziała Margaret.
- Jednak w końcu pojawiłaś się ty, a my odzyskaliśmy nadzieję. Dotknąć smoczego jaja może bowiem każdy, ale tylko ręka odpowiedniego Potomka obudzi śpiącego, a jego słowo rozłamie skorupkę. - dodał Ryann.
- Czyli... chcecie mi powiedzieć, że do tego wszystkiego mam jeszcze smoka?
- Tak Laoise. Masz smoka. Wybrał cię i teraz będziesz jego Jeźdźcem na dobre i złe. - powiedziała powoli Erin. - Ale za nim zobaczysz jajko i będziesz mogła obudzić swoje zwierzę musisz zrozumieć jeszcze parę spraw.
- Po pierwsze: Gregoriana w której mieszkałaś do tej pory jest tak naprawdę o 3 wieki wstecz niż my co może być dla ciebie wielkim szokiem i nikt nie będzie się śmiał jeśli zaczniesz płakać na widok ciepłej bierzącej wody. - roześmiał się Ryann.
- Po drugie: Saltus jest szkołą do której automatycznie trafiłaś, a jej zasady i wszystko inne poznasz dziś wieczorem. - dodała Margaret.
- Po trzecie: Muszę teraz zburzyć barierę emocjonalną co może wytrącić cię z równowagi. Bądź przygotowana na to, że uderzą w ciebie wszystkie emocje, które wstrzymywałam przez ten czas. Nagle, wszystkie naraz, lecz tylko na sekundę.
Gdy wypowiedziała ostatnie słowo poczułam się jakby ktoś wbił mi nóż prosto w serce. Siła wymyślonego ciosu pchnęła mnie do tyłu i na chwilę wydarła powietrze. Uczucie pojawiło się i znikło tak szybko, że nie zdążyłam nawet zarejestrować towarzyszących mu emocji.
Zachwiałam się lekko i pewnie gdyby nie pomocna dłoń Erin znów spadłabym z łóżka.
- Teraz musisz iść do łazienki. - uśmiechnęła się do mnie Margaret. - Załóż to, a za chwilę dołączy do ciebie Struana i pomoże ci zmienić się w człowieka.
Uniosłam wysoko brwi nie do końca rozumiejąc co to ma znaczyć i kim jest Struana, ale czułam, że lepiej będzie nie zadawać pytań. Wyszłam więc po prostu z pokoju i wskazaną mi wcześniej drogą dotarłam do łazienki.
Wchodząc do pomieszczenia czułam się dziwnie otępiała i otumaniona. Od samego progu poczułam setki cudownych, nieznanych mi wcześniej zapachów. Ściany utrzymane były w jasnym błękicie, a biała, kafelkowana podłoga lśniła czystością. Meble były szare, a dodatki tej samej barwy co ściany. Gładziłam i dotykałam wszystkiego co nawinęło mi się pod palce. Płakałam patrząc na parę unoszącą się z bieżącej wody. Skrobałam palcami po niesamowicie czystej szybie kabiny prysznicowej, wtulałam twarz w miękki ręcznik. Nie rozumiejąc ani słowa przeczytałam ulotkę dziwnego niby żelu o nazwie „pasta do zębów Aquafresh”, a potem osunęłam się na podłogę.
Czułam się jak w raju. Oddychałam głęboko, serce biło mi przyspieszonym rytmem, a w oczach zastygły łzy...
Z drugiej strony jednak czułam, że tam nie pasuję. Saltus był dla mnie obcą planetą, a ja kosmitką. Wyrzuty sumienia targały mną mocno gdy tylko przypominałam sobie o wciąż tkwiącym w piekle bracie i ojcu. Alexsie, Ronie, Dzieciach Lisach, Starej Sue i całej reszcie. Wiedziałam jednak, że nie mogę im pomóc i powoli oddałam się przyjemności zaczynając od założenia puszystego szlafroka od Margaret.
*****
Po chwili do drzwi łazienki ktoś zapukał i wszedł. Była to wysoka, piękna kobieta o szarych oczach, lśniących, blond włosach do pasa i cudownym rozjaśniającym całą twarz uśmiechu. Jej cera była jasna, gładka i bez najmniejszej skazy, a figura idealnie szczupła. Ubrana była w luźną, białą bluzkę odkrywającą brzuch i szare dresy do których wybrała czarne szpilki. (Nazw tych wszystkich rzeczy nauczyłam się dopiero potem).
Nawet teraz nie potrafiłabym wymienić wszystkich zabiegów, które miały miejsce potem. Podczas połowy czułam się jak obdzierana ze skóry, ale na szczęście po wielu nieprzyjemnych „obrzędach” przyszła kolej na te fajniejsze.
Umyto mi i podcięto włosy, wyczyszczono, obcięto i pomalowano mi paznokcie, wykąpano w wonnych olejkach, wydepilowano, zrobiono pilling oraz nabalsamowano. Aż w końcu wypuszczono z objęć łazienki.
Idąc po miękkim dywanie wyścielającym korytarz poczułam się jak nowo narodzona, dzięki zdarciu zrogowaciałej skóry ze stóp o wiele mocniej odbierałam wszelkie bodźce. Puszysty, różowy szlafrok owijał moją gładką skórę, a włosy choć wciąż jeszcze nie do końca zregenerowane i tak prezentowały się milion razy lepiej. Pachniałam i czułam się cudownie, a jeszcze lepiej robiło mi się na myśl, że o to królowa mody pomoże mi dobrać strój.
I w końcu wraz z doglądającą mnie od wielu godzin Struaną dotarłyśmy do tak zwanego Pokoju Nowości. Kobieta otworzyła przede mną drzwi i pozwoliła mi wejść jako pierwsza. Ukłoniłam jej się delikatnie i przekroczyłam próg.
To co zobaczyłam po raz kolejny zaparło mi dech w piersiach. Ściany były bowiem w cudownym cytrusowym kolorze, a w całym pokoju unosił się zapach grejpfrutów, których wtedy jeszcze nie potrafiłabym sobie nawet wyobrazić. Nie to jednak przykuło moją uwagę lecz ilość szaf, kredensów, półek, wieszaków i wszelkiego rodzaju „pojemników” na ubrania. A dokładniej to, że wszystkie one wypełnione były po brzegi.
- Witaj w moim królestwie. - powiedziała wesoło Struana rzucając się na coś co okazało się być ukrytą pod stertą ubrań sofą. - Pozwól, że wybiorę tu coś dla ciebie.
Z otwartymi szeroko oczyma pokiwałam głową bez słowa przyglądając się jej poczynaniom. Słuchałam (i nie rozumiałam) słowa aprobaty i dezaprobaty kiedy kobieta po kolei dotykała i oglądała każdy ciuch. Mruczała coś do siebie, a może i do mnie, ale ja zbyt zajęta byłam chłonieńciem ilości barw i faktur by móc coś zrozumieć lub odpowiedzieć.
W końcu Struana podeszła do sofy na którą wcześniej się rzuciła i jednym ruchem ręki w niedelikatny sposób zrobiła trochę miejsca, które natychmiast zajęły przygotowane przez nią zestawy. Uśmiechnęła się do mnie figlarnie, odwróciła i jeszcze przez chwilę grzebała w szafach i komodach co jakiś czas dorzucając coś na stertę.
Nareszcie stwierdziła, że wystarczy. Przekopała górę z ubrań i szybko dobrała przyjemnie wyglądający zestaw składający się z krótkiej, czarnej spódnicy, luźnej, białej bluzki i turkusowych trampek za kostkę.
- Na obcasy chyba jeszcze za wcześnie. - puściła do mnie oko Struana. - No! Rozbieraj się!
Szybko spełniłam jej polecenie, ponieważ mimo iż oglądała mnie wcześniej nago i to długo oraz uważnie, wciąż czułam się niepewnie. Nikomu wcześniej nie pokazałam tak wiele ciała i nie spodziewałam się raczej by miało to szybko nastąpić.
- Nie, nie, nie. - jęknęła kobieta kiedy byłam już gotowa i obracałam się przed nią chcąc zaprezentować każdą stronę.- Te trampeczki kompletnie nie pasują! Och... jaka szkoda, że nie mogę dać ci szpilek!
*****
W końcu po jakiejś godzinie z okładem udało się nam (mi, Struanie i ciuchom) dojść do ładu. W krótkich, dżinsowych spodenkach, białej bluzce na ramiączka z kolorowymi napisami oraz turkusowych trampkach prezentowałam się zdecydowanie najlepiej w swoim dotychczasowym życiu.
- No super. Wybiła 19. - powiedziała Struana, a w odpowiedzi na moje zdezorientowane spojrzenie tylko pokręciła głową. - Idziemy na kolację.
Struana wyprowadziła mnie z budynku krokiem tak szybkim, że niczemu nie zdążyłam się przyjrzeć. Nie wiedziałam dlaczego i dokąd się tak spieszy, ale jej zacięty wyraz twarzy jasno dawał mi do zrozumienia, że lepiej nie zadawać pytań.
Wychodząc z budynku po prawej stronie minęłyśmy pasmo drzew i ławek, ale także im nie zdążyłam się zbyt dobrze przyjrzeć. Struana natychmiast poprowadziła mnie do budynku, którego piękna nie da się opisać... mimo to spróbuję. Budowla ta była nieskazitelnie biała, a jej okna zdobiły witraże w których od razu rozpoznałam postacie bogiń i bogów, których przecież nigdy wcześniej nie widziałam. W środku ściany były bardziej kremowe, a przy suficie bogato zdobione. Od razu zauważyłam podwyższenie dla organisty i obejście za ołtarzem. W całej świątyni czuć było atmosferę napięcia i oczekiwania, miałam ochotę przyjrzeć się innym Potomkom, ale Struana prowadziła mnie boczną nawą osłaniając mnie przed spojrzeniami reszty uczniów. W pewnym momencie otworzyła jakieś drzwi, których wcześniej nie zauważyłam i wepchnęła mnie przed sobą do środka.
- Posłuchaj mnie uważnie, Laoise. Jesteśmy teraz w świątyni wszystkich serc czyli w miejscu gdzie sławi się każdego z bogów i bogiń. Ja muszę teraz wyjść, a ty zostać. Jednak gdy usłyszysz śpiew musisz ruszyć w tamtą stronę. - zaczęła kobieta pokazując wąski, ale wysoki tunel za moimi plecami. - Tamtędy dostaniesz się na ołtarz gdzie zostaniesz oficjalnie przyjęta do społeczności Potomków.
- Mam tam iść sama? - zapytałam wbijając wzrok w swoje trzęsące się ze strachu ręce.
- Tak. - odpowiedziała spokojnie Struana i poklepawszy mnie pokrzepiająco po ramieniu wyszła.
- Super. - jęknęłam.
Pomieszczenie w którym się znajdowałam było małe i puste, miało białe ściany i podłogę, a na suficie zawieszona była jakaś dziwna świecąca kula otoczona papierową otoczką.
_________
Jak na razie jest to dopiero połowa drugiego rozdziału, ale stwierdziłam, że i tak przerwa pomiędzy nimi była zbyt długa :c
~Sowa 


wtorek, 20 maja 2014

Rozdział 1

Na wstępie chciałabym oznajmić, że traktuję pisanie naprawde powarznie i dlatego bardzo zależy mi na opiniach :) Mam w planach rozwinięcie tego co tu zacznę w książkę, ale nie jestem pewna czy to ma w ogóle prawo wypalić i marzę by dowiedzieć się tego od Was. Wiem, że nie każdemu chce się komentować, ale naprawdę wystarczy mi choćby jedno słowo... Nie mam zamiaru przestać pisać, bo wiem, że długo bez tego nie wytrzymam, ale jeśli okaże się, że nie mam wystarczających zasobów talentu i weny usunę bloga i zapomnimy o wszystkim ;) 
Nie przedłużam już bardziej i zapraszam :) 
_________
W kieszeni grzechotały mi srebrniki. Nie było ich oczywiście dużo. Tylko tyle abym, w razie gdyby nic nie udało mi się upolować, mogła kupić coś do jedzenia żeby nie umrzeć z głodu, ponieważ byłoby to zbyt wielkim ciosem dla stanu finansowego mojej rodziny. Oczywiście nigdy nie odważyłabym się wrócić do domu bez mięsa i pieniędzy. Bałam się tego co mógłby zrobić mi ojciec skoro nawet za niedobrą zupę dobywał bata. Dlatego często nie było mnie w domu nawet dwa tygodnie byleby tylko przynieść parę trupów.
Dodatkowe pieniądze wydawałam więc na alkohol dla ojca i jakiś przysmak lub lekarstwo dla chorego brata. Nigdy nie kupowałam nic dla siebie choćbym nie wiadomo jak tego nie pragnęła. W końcu przestałam nawet marzyć i zaakceptowałam ssący w żołądku głód podczas kupowania pieczonego udka dla Rogera i bukłaka z winem dla taty.
Dnia w którym zaczęła się moja historia właśnie wychodziłam z karczmy z torbą wyładowaną winem i ziołami oraz pięcioma wiewiórkami, lisem oraz 3 kosami przewieszonymi przez ramię. Szłam spokojnie ponieważ łowy zajęły mi wyjątkowo tylko 3 dni, a mięsa było wystarczająco . Nie spieszyło mi się więc zbytnio do domu mimo iż wiedziałam, że ojciec jak zawsze nie będzie zadowolony.
- Laoise! Ej, Laoise! - usłyszałam za plecami.
- Ron. - odparłam sucho zatrzymując się, ale nie odwracając.
- Więc jednak... wciąż jesteś zła. - powiedział smutno stając naprzeciw mnie.
- Nie sądzę żeby to było pytanie.
- Posłuchaj! Ja naprawdę myślałem, że robię dobrze!
- Och, serio? - zironizowałam będąc już mocno wściekłą.
- Nie miałem pojęcia, że tak cię to wkurzy. Przysięgam! - błagał.
- No tak. Bo to takie dziecinne z mojej strony obrażać się o to, że wygadałeś to co zrobiłam ojcu, który o mało nie zatłukł mnie na śmierć! - krzyczałam. - Dziecinada!
- Co?! - wykrzyknął chłopak blednąc.
Zamiast odpowiedzieć wysoko podciągnęłam poszarpaną koszulę. Wielkim ze strachu oczom chłopaka ukazał się mój, poprzecinany czerwonymi pręgami, brzuch. W żółtawym świetle przydrożnych pochodni moje rany musiały wyglądać na jeszcze głębsze i poważniejsze przez co twarz Rona zmieniła kolor z białego na zielony.
- Dzięki bogu Roger miał kolejny napad... - rzuciłam na odchodne.
Zostawiłam go samego z czymś z czym sama nie potrafiłam się pogodzić. Obrywałam często i za wszystko. Od choroby Rogera, przez śmierć matki, aż do złej pogody. I choć ojciec krzywdził mnie prawie codziennie wciąż go kochałam, a złość na niego już mi przeszła. Wiedziałam jednak, że jeśli Ron powie komuś o tym co zobaczył znów mi się oberwie i może tym razem nawet atak brata mnie nie uratuje. W obawie przed taką sytuacją odwróciłam się szybko.
- Ron! Ej, Ron! - krzyczałam, ale chłopaka nigdzie nie było.
W końcu musiałam się z tym pogodzić i zaczęłam wracać do domu obawiając się tego co w nim zastanę. Idąc zastanawiałam się nad listą możliwych powodów dla których mój ojciec będzie mógł wyciągnąć bata.
*****
- Gdzieś ty była? - warknął na powitanie mój tatuś. - Myślałem, że zwariuję z tym twoim bezużytecznym bratem.
- Przepraszam. - wyszeptałam wyjmując z torby bukłak wina.
Wyszarpnął mi napój z ręki i odszedł, pogardliwie kręcąc głową. Nie mogłam oczekiwać innej reakcji, ale mimo to było mi przykro patrzeć na tego wyniszczonego smutkiem i alkoholem człowieka. Rzuciłam mięso i torbę na stół chcąc zająć się resztą nieprzyjemnej roboty tak żeby następnego dnia mieć za co, kupić lekarstwa dla Rogera. Niestety, właśnie w momencie gdy siadałam przy stole, z nożem w ręku, w izbie obok ktoś głośno zakaszlał. Odrzuciłam więc narzędzie i ruszyłam na ratunek.
Czoło Rogera było jeszcze gorętsze niż zwykle powodując okropną potliwość. Ze łzami w oczach sięgnęłam po wiadro ze szmatą w środku. Wiedziałam, że jeśli położę mu na czoło wymoczony w górskim strumyku materiał gorączka spadnie. Miałam jednak świadomość, że nie na długo. Zrobiłam to jednak mimo wszystko, siedząc na krześle przy chorym braciszku patrzyłam jak lodowata woda miesza się z potem i płynie po policzkach niczym łzy. Ochłodzenie wybudziło Rogera ze snu i natychmiast targnął nim kaszel z siłą większą niż ta, która znajdowała się w jego trawionym, od lat, chorobą ciele.
Wyszłam na chwilę z pokoju i swoje kroki skierowałam do kuchni gdzie w małej szafce znajdował się skromny zapasem medykamentów. Podałam mu je wraz ze szklanką wody, ale on jak zwykle pokręcił przecząco głową zużywając na to tygodniowy przydział siły.
- Pozwól mi... - wyszeptał całym sobą powstrzymując okropny kaszel. - Już nie mogę.
Roger był chory od urodzenia, a ja już wtedy myłam go i doglądałam. Miałam sześć lat kiedy przyszedł na świat wyniszczając od środka organizm matki, która przez powikłania przy porodzie zmarła. Od tego czasu zastępowałam mu ją i choć to dziwne nigdy nie czułam złości na to, że to nie on zginął. Kochałam go całym sercem, a matki nawet prawie nie pamiętałam (z wyjątkiem kilku wspomnień). Ojciec również uparcie mi nie przypominał zamiast tego całymi dniami chlał nie zwracając uwagi ani na mnie, ani na Rogera. Przestał nawet pracować więc już jako sześciolatka objęłam funkcję jedynego filara gospodarki naszej rodziny.
Po takich doświadczeniach trudno byłoby pozostać słabą, miękką dziewczynką. Jak można się więc spodziewać jako piętnastolatka byłam silną, odpowiedzialną osobą gotową przetrwać PRAWIE wszystko. Jednak dziewięciolatek błagający o śmierć był ponad moje siły.
- Będzie dobrze, Rog. Będzie dobrze... - powiedziałam tuląc go mocno i powstrzymując nieuchronne łzy.
*****

W nocy znów obudził mnie brat. Mimo ziół, które podałam mu wieczorem, gorączka znów wzrosła powodując straszne halucynacje i przewidzenia. Atakowała mózg Rogera pozostawiając go w całkowitym rozbiciu, strachu i niepewności. Po raz kolejny wymoczyłam szmatkę w lodowatej wodzie i zrobiłam mu z niej okłady. Tym razem materiał wysechł jeszcze wcześniej niż zawsze, a rozpaczliwe krzyki i niekontrolowane ruchy ustały dopiero po trzeciej zmianie.
Po takich rzeczach nawet ja nie potrafiłam spać. Wróciłam więc do kuchni i zapakowawszy oporządzoną zwierzynę do torby ruszyłam do miasta z nadzieją korzystnej wymiany.
Droga do miasta nigdy mi się nie dłużyła. Wręcz przeciwnie, mimo tego iż była długa i męcząca cieszyłam się nią i ociągałam chcąc jak najdłużej pozostać poza ścianami domu. Uciekałam od kaszlu, krzyku, bólu... Czułam się z tym źle, bo wiedziałam jak bardzo potrzebuje mnie Roger, a wyrzuty sumienia z tego powodu dopadały mnie za każdym razem gdy zbyt wolno podniosłam nogę. Nie potrafiłam się jednak przemóc, by tego nie robić. Zwariowałabym będąc zmuszoną do spędzania jeszcze większej ilości czasu z dwoma wyniszczonymi ludźmi.
Tamtego wczesnego poranka ociągałam się jeszcze bardziej niż zwykle. Nocne krzyki i majaki brata siedziały mi w głowie na dając myśleć o niczym innym. Jedyną rzeczą, która zawsze pomagała mi uwolnić smutek, były smutne piosnki.
Jedzie pociąg, złe wagony
do więzienia wiozą mnie.
Świat ma tylko cztery strony,
a w tym świecie nie ma mnie.
Gdy swe oczy otworzyłem
wielki żal ogarnął mnie,
po policzkach łzy spłynęły,
zrozumiałem wtedy, że
czarny chleb i czarna kawa
opętani samotnością
myślą swą szukają szczęścia,
które zwie się wolnością.”*
Mój głos od zawsze był czysty i przyjemny, wiatr niósł go w dół do miasta, a zasłuchane ptaki przysiadały na pobliskich drzewach. Talent do śpiewu i urzekający, jak mi mówili, głos, odziedziczyłam po mamie. Podobno kiedy byłam mała i chodziłam z nią do wsi najpierw było nas słychać, a dopiero potem widać.
Znałam dalsze słowa piosenki więc to nie to było przyczyną mojego nagłego zamilknięcia. Spowodowała to nagła panika wśród zasłuchanych ptaków, zwiastująca nadchodzące, potencjalne niebezpieczeństwo.
Wyciągnęłam więc szybko łuk i naciągnęłam strzałę na cięciwę, wioska była raczej bezpieczna, ale zdarzały się w niej przecież najazdy rabusiów i złoczyńców.
Nagle w polu widzenia pojawił się Alex. Zarówno charakterem jak i wyglądem kompletnie różnił się od swojego brata i chociaż z obydwoma dobrze się dogadywałam, to właśnie starszego o dwa lata Alexandra mogłam nazwać przyjacielem.
- Laoise! - usłyszałam, chłopak w przeciwieństwie do mnie szedł pod górę więc nie mógł mnie jeszcze zobaczyć. - To ty?
- Alex! - odkrzyknęłam i zaczęłam biec w jego stronę.
- Musisz uciekać! - odwrzasnął zatrzymując się i próbując złapać oddech. - Uciekać.
- Co? Alex, o czym ty mówisz? - jego słowa wprawiły mnie w osłupienie przez co stopy odmówiły posłuszeństwa nie chcąc kontynuować wysiłku. - O co ci chodzi?
- Szukają tego, kto był na Szlaku. Ron powiedział mi, że to ty. - odpowiedział będąc już niecały metr ode mnie.
- Co? - jęknęłam słabo mimo iż wreszcie zrozumiałam.
Alex patrzył na mnie ze współczuciem i już miał mnie objąć kiedy targnięta nagłym przeczuciem rzuciłam się w krzaki. Rzeczywiście. Chwilę potem rozległ się tętent kopyt, a na zboczu pojawił się koń i jego jeździec, którego ze swojego miejsca nie mogłam dokładnie zobaczyć.
- Laoise, spokojnie! To tylko Ron! - odparł Alex nachylając się nade mną z wyciągniętą dłonią. - Ma dla ciebie środek transportu.
Dzięki pomocy chłopaka szybko wydostałam się z zarośli od razu wyjmując z rąk i nóg po parę kolców. Dzięki temu zajęciu nie musiałam patrzeć żadnemu z nich w oczy na co nie byłam gotowa.
- Nie chciałbym ci przerywać, ale obawiam się, że musisz się spieszyć. - przerwał mi nagle Ron podtykając cugle pod nos. - Nie masz zbyt dużej przewagi.
- Przewagi nad kim? - spytałam tępo.
- Posłuchaj! Straż czy jak by ich tam nie nazwać już na ciebie poluje. Z moich wiadomości wynika, że są dwie, maksymalnie trzy wioski stąd. Szukają osoby, która weszła na Szlak. To musisz być ty.
- Skąd masz takie informacje? Kto w ogóle mnie ściga? Za co? - pytałam nie mogąc pojąć jak szybko wali się świat.
- Miałem dzisiaj wyjechać do pracy na pole, cztery wioski stąd. Senior u którego miałem pracować wysłał przepraszającego posła z zaliczką na przyszły rok. Pisał, że nie ma opcji bym się do niego przedostał z powodu poszukującej jakiegoś przestępcy, dziwnej straży. Nie wiem kto to. Ale Laoise, nie udawaj głupiej! Dobrze wiesz, że wstęp na Szlak jest zabroniony! - stracił nad sobą panowanie Alex. - Nie wiem co tam robiłaś, ale mam nadzieję, że się opłacało!
Wypowiedź zakończył z tak wielką złością, że aż przebiegły mnie dreszcze. Było mi głupio. Byłam zła, załamana, przestraszona... Nie mogłam oddychać z przerażenia. '
- Ja... ja przypadkiem... Nie chciałam... Nie wiedziałam, że to się tak skończy... - jąkałam się pragnąc wytłumaczenia.
- Akurat to nie jest teraz ważne. Ważne jest to, że musisz uciekać i to jak najszybciej. Masz tu najlepszego konia jakiego udało mi się znaleźć, trochę srebrników, wody i jedzenia. Ucieknij jak najdalej. Zbocz z głównej trasy. Zacznij nowe życie i bądź ostrożna. - ostudził napięcie Ron. - Znajdziemy cię kiedy będzie bezpiecznie.
- A... kto zajmie się Rogerem? - wyszeptałam – Kto da ojcu jedzenie i alkohol? Kto będzie odwiedzał straganiarzy i kupców zapewniając im najlepsze przysmaki? Kto będzie dbał o Starą Sue, a kto o Dzieci Lisy?
- Jesteś niezastąpiona Lao... ale jakoś będziemy musieli dać sobie radę. Tylko błagam uciekaj już wreszcie! - krzyknął zrozpaczony Alex, a na jego policzkach, po raz pierwszy publicznie, pojawiły się łzy. - I wróć. Wróć, ale dopiero wtedy gdy będzie bezpiecznie.
- M... musicie przekazać wiadomość Rogerowi... - powiedziałam słabo zbyt przerażona by płakać. - Musicie utrzymać go przy życiu!
Spojrzeli na mnie zdumieni, a twarze obojgu zalewały łzy. Chudzi, w poszarpanych, brudnych ubraniach, z zaczerwienionymi od płaczu i biegu policzkami wyglądali jak biedni, niewinni chłopcy. W innej sytuacji natychmiast roześmiałabym się głośno klepiąc ich po policzkach i obejmując za szyję... Zapewniłabym, że wszystko będzie dobrze i że kiedy wrócę od razu opowiem wszystkim o tym jak żałośnie wyglądali kiedy odchodziłam. Tym razem jednak wiedziałam, że to nie są żarty. Że czeka mnie coś gorszego niż sesja z batem ojca. Że są to najpoważniejsze z licznych kłopotów w jakie wpadałam. Najgorsze jednak było tykanie mojego wewnętrznego zegara, tykanie które brzmiało jak tętent kopyt i odliczało czas, który pozostał aż dopadną mnie te kopyta.
- Wyprawcie mi ładny pogrzeb. - rzuciłam na odchodne wciskając Alexowi w dłoń zapisany węglem na papierze od mięsa wiersz. - A Rogerowi dajcie to.
Wskakując na konia obiecałam sobie, że nie obejrzę się za siebie ani razu. Zrobiłam to jednak. Patrzyłam na Rona i Alexa tak długo, aż koń wspiął się na kolejne wzgórze i straciłam ich z oczu. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy i przyśpieszenie do kłusa.
Wjeżdżając do lasu czułam się tak, jakbym wjeżdżała w magiczne wrota. Jakbym jednym krokiem oddzielała całe swoje dotychczasowe życie, grubą, nieprzystępną linią. I choć bardzo tego nie chciałam, podskórnie czułam, że minie duuużo czasu zanim wrócę. A kiedy to się stanie to miejsce nie będzie już takie samo.
*****
Ruszenie galopem spowodowało, że koń szybko się zmęczył i musiałam przejść do kłusa, który był nie wiele szybszy od chodu co bardzo mnie irytowało. Wciąż miałam wrażenie, że Straż jest tuż za mną dosłownie wjeżdżając mi w zad. Pospieszanie konia nie miało jednak żadnego sensu więc żeby trochę się odstresować zajęłam się wymyślaniem imienia dla niego.
Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam wyszyte na czapraku „Aster” . Roześmiałam się głośno z własnej głupoty, ale śmiech szybko przerodził się w histerie niosącą się po cichym dotąd lesie. Nagle doszło do mnie jak samotna będę przez najbliższe tygodnie, a może nawet dłużej. Dopóki nie dojadę do Północnego Krańca Gregoriany i nie znajdę bezpiecznego miejsca moim jedynym towarzyszem będzie siwy koń- Aster.
Zrozpaczona opadłam z powrotem w siodło i pustym wzrokiem patrzyłam przed siebie. Tam był już tylko las...
Nagle przypomniał mi się powód dla którego działo się to wszystko. Przeklęty Szlak i ciekawość... Jak mogłam być tak głupia?
Szlak był miejscem zakazanym od zawsze i nikt nie wiedział dlaczego. Co dziwniejsze nie było na ten temat ani jednej plotki co w wiosce takiej jak moja było czymś praktycznie niespotykanym. Gdyby komuś objawił się Bóg na pewno plotkowano by nawet o jego ubraniu.
A o Szlaku nikt nie mówił ani słowa. Większość nawet nie wiedziała gdzie się znajduję, a i ja trafiłam na niego zupełnie przypadkiem...
Kilka dni wcześniej tropiłam właśnie w lesie stadko jeleni z młodymi w nadziei, że za otrzymane pieniądze kupię bratu lekarstwa, które choć na chwilę powstrzymają najgorsze- krwotoki z ust podczas kaszlu. Chodziłam już za nimi kilka godzin i miałam nadzieję, że w końcu uda mi się je ustrzelić. Nareszcie stadko zatrzymało się na łące i spokojnie zaczęło się paść nie zdając sobie sprawy z mojej obecności.
Szybko upatrzyłam najsłabsze ogniwo i naciągnęłam cięciwę gotowa do strzału gdy nagle dziwnym zrządzeniem losu spojrzałam trochę dalej. Tam, gdzie nagle kończyła się leśna polana, rozciągał się wysoki na parę metrów mur. Częściowo przysłonięty był drzewami, ale ziemia w odległości metra była zupełnie pusta bez choćby najmniejszego źdźbła trawy lub kwiatka. Zupełnie nic. Jeszcze dziwniejsze było to, że najbliższe mu drzewa były jakby umarłe i wyschnięte, a na ich gałęziach nie było gniazd, ani zwierząt.
Zafascynowana dziwnym zjawiskiem nieopatrznie wypuściłam strzałę czyniąc tym samym dwie rzeczy: po pierwsze płosząc stadko, po drugie wysyłając pocisk do ogrodzonego dziwnym murem terenu.
Nie to żebym miała ich nadmiar, ale zwykła strzała nie była zbyt cenna i bez trudu mogłabym zrobić nową. Wtedy jednak wmówiłam sobie, że jest na odwrót i nie zastanawiając się ni chwili wdrapałam się na drzewo by wydostać swoją strzałę. Choć było wysoko, skacząc nie zrobiłam sobie krzywdy. Upadłam miękko na tyłek i przez kilka chwil siedziałam w osłupieniu. Widok kompletnie mnie rozczarował.
Szlak- miejsce o którego możliwej niesamowitości śniłam po nocach, okazał się zwykłą, ogrodzoną murem łąką. Nie było w niej, jak mi się wydawało, zupełnie NIC niezwykłego czy ciekawego.
Zabrałam strzałę i wspiąwszy się po kamiennej zaporze wydostałam się na zewnątrz. Rozczarowanie i smutek towarzyszyło mi przez parę dni... Uczucia te były tak silne, że przestałam się nawet zastanawiać, po co ktoś ogradzałby kawałek zwykłej polany.
Westchnęłam ciężko uświadamiając sobie jak głupio i nierozmyślnie postąpiłam. Ta przeklęta strzała mogłaby tam zostać i zupełnie nic by się nie stało.
Gdy o tym rozmyślałam nagle poczułam ciążenie w kieszeni, a moja dłoń sama powędrowała w tamtą stronę. Nagle jednak Aster zatrzymał się niepewny w jaki sposób ominąć ma stojącą przed nami przeszkodę, której nie zauważyłam przez zamyślenie.
*****
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a Aster szedł co raz wolniej. W końcu pozwoliłam mu wjechać trochę bardziej w las i przez parę minut kłusowaliśmy szukając dogodnej polanki. Kiedy ją znaleźliśmy szybko zeskoczyłam z ogiera i złapałam go za wodzę prowadząc do płynącego tuż obok małej polanki strumyka. Koń zaczął pić tak łapczywie, że nagle zaczęło mi się chcieć śmiać.
Usiadłam więc pod drzewem wyjęłam szkicownik i śmiejąc się zaczęłam rysować. Dopiero po chwili śmiech płynnie przerodził się w pozytywny, tym razem, śpiew.
Słońca było jednak co raz mniej i w końcu musiałam wstać żeby nazbierać drewna. Z moich myśli już wiele godzin wcześniej wyleciał dziwny ciężar w kieszeni więc kolację zjadłam spokojnie przyglądając się swemu odbiciu w blaszanym garnku.
Uśmiechnęłam się widząc swoją własną, lekko zniekształconą twarz. Czarne oczy, malinowe usta i niezwykle białe włosy. Nie jasne lecz białe, mocno kontrastujące z czarnymi rzęsami i źrenicami.
- Będzie dobrze... - szepnęłam sama do siebie i oparłam głowę o pień drzewa.
Tym razem moje myśli powędrowały o wiele dalej. Aż do wczesnego dzieciństwa z czasów gdy żyła jeszcze moja mama, a tata kochał mnie i ubóstwiał spędzać ze mną czas. Przypomniało mi się jak zabierał mnie na polowania mówiąc, że kiedyś będziemy robić to razem. Śmiał się przyjaźnie i przytulał mnie kiedy jako mały brzdąc chciałam ratować postrzelone przez niego zwierzątka i gonił mnie przepraszając na kolanach kiedy odchodziłam obrażona za to co zrobił. Pamiętałam też jak mama uczyła mnie czytać i jej zdumienie kiedy nauczyłam się tego w wieku czterech lat i od razu zaczęłam przemycać książki pod poduszkę by czytać w nocy, przy świecy.
Potem przypomnieli mi się Ron i Alex, którzy choć byli braćmi kompletnie się od siebie różnili. Alex miał czarne, rozwichrzone włosy, był wysportowany i wysoki, a Ron był rudy i niski łączyły ich tylko czarne jak u wszystkich mieszkańców Gregoriany oczy i jasna cera. Z charakteru także nie łączyło ich zbyt wiele. Starszy brat uwielbiał czytać i poznawać świat, był odważny, miły, inteligentny i zabawny. Młodszy zaś znał się na numerach i często praktykował lenistwo. Lubił też dobrze zjeść i zabawiać się w karczmie.
W pewnym momencie przypomniała mi się zazdrość Rona kiedy ja i Alex przesiadywaliśmy na łące i opowiadaliśmy sobie o książkach, a on, który nie umiał jeszcze czytać nie miał co robić. Roześmiałam się głośno na wspomnienie dnia gdy starszy brat Rona zabrał mnie na targ i razem spędziliśmy cały dzień na którego zakończenie kupił mi książkę... śmiech nagle przerodził się w płacz... Zrozumiał, że straciłam to wszystko i już nigdy nie odzyskam...

Opuszki moich palców dotknęły przedmiotu znajdującego się w kieszeni choć nie pamiętałam żebym wkładała do niej rękę. Jedyne co zdążyłam zauważyć to zmiana odbicia w blaszanym naczyniu. 
*piosenka "Czarny chleb i czarna kawa" zespołu Strachy na lachy :)
______
Muszę przyznać, że rozdział wyszedł mi dość długi, ale mam nadzieję, że to nie zniechęci ;) 
~Sowa